Plebiscyt

Plebiscyt jest jedną z najczarniejszych kart w historii Polski.
Nie dlatego, że go przegraliśmy tracąc te ziemie na rzecz Niemiec, ale że po raz kolejny Polska zdradziła tych,
którzy ryzykowali dla Niej wszystkim, co mieli, z życiem swoim i swych bliskich włącznie.
Nie był to, niestety pierwszy raz, gdy nad głowami tego ludu śpiewał ponury chór z Wyspiańskiego:

"Wzbroń mu ziemię,
         wzbroń mu rolę,
         wzbroń mu siły,
         wzbroń mu wolę.

Niechaj będzie poniechany, ludziom, światom zapomniany.

Wzbroń mu soli,
         wzbroń mu chleba,
         wzbroń mu domu,
         wzbroń mu nieba.

Niech się błąka obłąkany, zapomniany, poniechany. "

Gdybyż to śpiewał wróg, gdybyż to obcy pozostawił tych ludzi na łaskę katów…
Uczyniła to jednak Ona - ich umiłowana, śniona po nocach Ojczyzna, dla której tyle wycierpieli.

Postanowienia wieńczącego Grunwald pokoju toruńskiego, traktatu krakowskiego z roku 1525, czy w końcu traktatu
welawsko- bydgoskiego nie liczyły się z nastrojami ludności Prus pragnącej zwierzchności króla Polski.
Lud ten był przez Polskę zawsze zapominany, poświęcany celom dynastycznym, przelotnym koniunkturom dyplomatycznym,
czy polityce wschodniej.

Choćby dzisiaj: któż wie, kim był skatowany w więzieniu Roth, ścięty po dwudniowych torturach Kalkstein, Mikołaj z Ryńska,
czy zakłuci Rotzkau i Hecht? Kto wie, jaki los spotkał Związek Jaszczurzy, jaką cenę za swoją wierność Polsce zapłacił
Kneiphof - przedmieście Królewca, Pasym, czy Elbląg?
Kim był Gizewiusz proszący na kolanach polskich panów z sejmu pruskiego o pomoc?

A męczennicy XX wieku:
otruty nauczyciel Lanc, ukamienowany w biały dzień na ulicach Szczytna Linka,  który błagał panów w Paryżu o oddanie Mazurów Polsce,
zadźgany nożami Władysław Turowski, pobity do nieprzytomności proboszcz z Dąbrówna, czy Jabłonka z Biskupca,
którego bito pałkami, kamieniami i butelkami aż do śmierci, a na jego trupie odtańczono taniec zwycięstwa.
Wściekłość i zemsta Niemców dosięgła ich i po śmierci: grób Linki był codziennie bezczeszczony kałem (jakie to typowe dla tej nacji!)

A Polska milczała.

Pozwolono, by miejscowa ludność oglądała własnymi oczami moc i siłę Niemców, którym musiała ulegać przez siedem stuleci.

Jedna z nielicznych polskich gazet na tych terenach pisała tak:
„Zapatrywanie Polaków do położenia Mazurów nam się tak wyobraża: rozpustnik - hakatysta zgwałca panne - lud mazurski.
Lud mazurski woła serce rozdzierającym głosem o pomoc.
Matuleńka - naród polski stoji z drżoncemi kolanami, przytem załamuje rence do Boga, a o kiju ani nie pomyśli”.

Wróćmy do Plebiscytu.

Jego przeprowadzenie było bezprawne, gdyż zgodnie z obowiązującą po I Wojnie Światowej zasadą tworzenia państw narodowych tereny plebiscytowe powinny być niejako „z urzędu” przyłączone do Polski.
Cała Warmia, Mazury i Powiśle zamieszkane było przez ludność przybyłą z północnego Mazowsza, która zachowała swój język
 i obyczaje. Według danych ostatniego przed plebiscytem powszechnego spisu ludności (1910 r.) ludność polska stanowiła ok. 80 % ludności. Twierdzenie Niemców, że język mazurski nie jest polskim jest wierutnym kłamstwem, na co zwracali uwagę nawet niektórzy ówcześni uczeni niemieccy (zob. A. Kossert „Prusy Wschodnie. Historia i mit”. W- wa 2009, str. 165).
Równie dobrze można twierdzić, że język mieszkańców Bawarii, czy Saksonii nie ma nic wspólnego z niemieckim.
W ówczesnym periodyku niemieckim „Lehrer- Zeitung” pisze się, że 50% dzieci w wieku szkolnym mówi tylko po „ mazursku”,
 a ok. 80% używa języka polskiego. Oto, czego obawiali się Niemcy:
„Tak, jak się warunki na Warmii i Mazurach przedstawiają wystarczy jeden rok okupacji polskiej - oby Bóg nas od tego strzegł
- a niemczyzna w kraju granicznym zaniknie.”
Wiele obyczajów, a nawet przesądów mazurskich ma swoje odbicie wśród ludności zamieszkującej północno - wschodnią Polskę.
Na przykład dzieci rzucają za siebie swoje ząbki mleczne mówiąc: „Myszka, myszka, daję tobie kościanego, daj mi żelaznego”,
śmierć można ujrzeć patrząc wyjącemu psu między uszy, mówi się „siła” zamiast „wiele”, snop słomy jest ”kulem”,
chodak „klumpem” itd. Jakże „niemiecko” brzmiały takie słowa i wyrażenia jak: zu panjebratsch sein (spoufalać się – panie bracie), schwin - świnia, schopen - szopa, kruschken - gruszki, kielbas - kiełbasa, czy w końcu Boschamenka - figura przydrożna, „Boża męka”.

A co pisali sami Niemcy w swych relacjach z pogardzanych przez nich Mazur?
„Nie jesteś tu w domu, u siebie, to nie twój obyczaj, nie twoje jestestwo. Obca krew i żadnej więzi, która nas łączy” ( „ Grossdeutsche Jugendbund”, maj 1927 r.) Dlaczego pogardzanych? Niechaj odpowiedzią na to pytanie będzie przysłowie często powtarzane przez
„lepszych” Niemców z Rzeszy (tłum.): „Gdzie się kończy kultura, tam znajdziesz Mazura.” 
Oraz (tłum.): „Po brudnych i pełnych robactwa ciałach mazurskich kobiet poznaje się ich pochodzenie.”

Nie pierwszy i nie ostatni to raz tzw. „Zachód” nas oszukał i sprzedał.
Zamiast przyłączyć te ziemie do Polski dano Niemcom możliwość sprawdzenia, czy ich wiekowa eksterminacja i germanizacja ludności polskiej była skuteczna, nagradzając ich za zbrodnię wynarodawiania Polaków.
Decyzje o przeprowadzeniu plebiscytu podjęto w maju 1919 r., po stłumieniu rewolucji w Niemczech.
Dopiero w lutym 1920 r. „kontrolę” nad terenami plebiscytu objęła Komisja Aliancka, przez co dano niemieckim organizacjom militarnym dziewięć miesięcy na całkowite rozgromienie ruchu polskiego.
Kolejny cytat z sprawozdań niemieckich: „Rezultat plebiscytu byłby bez wątpienia inny, gdyby go przeprowadzono w 1919r.
Jeśliby Polacy zręcznie zabrali się do roboty, zapewne stracilibyśmy obszar plebiscytowy.”

Ruszyła fala napadów, pobić, a nawet zabójstw dokonywanych na Polakach.
Jeśli nawet mordercy zostali schwytani, to otrzymywali nieprawdopodobnie niskie wyroki, które były po pewnym czasie umarzane,
 a sprawcy wracali do domów witani jak bohaterowie (np. niejaki Stenzel po zabiciu swego sąsiada - Polaka Kiwickiego otrzymał wyrok 2,5 roku więzienia, by po 18 miesiącach wyjść na wolność).
Szykany objęły wszystkich, którzy mieli odwagę prenumerować polskie gazety, czy posyłali dzieci do polskich szkół
(te budynki były również celem ustawicznych napadów, wybijania w nich szyb, podpaleń itp.) Rodzicom odmawiano dostępu do wiejskich studni, wypowiadano umowy najmu, cofano koncesje, wstrzymywano wypłaty zasiłków, emerytur i rent, wyrzucano z pracy.
Dzieci idące do polskiej szkoły były po drodze bite i kopane, obrzucane kamieniami i wyzywane od „polskich świń”.
 Nagminne były takie listy wysyłane do Polaków: adres: Bezwstydna, polska hołota. Śmierdzące, brudne, świńskie łajno. Kupa gnoju jest nam milsza niż ty - polska gnojówko. Treść: „Polski wieprzu, idź do polskiego chlewu, gdzie jest miejsce tylko dla wszy i pluskiew. Kalasz tylko Niemcy, bezwstydny gnoju.” Itp., itd. Zachowały się fotografie krów oprowadzanych po ulicach z napisami: „Ja głosuję po polsku.”
 „Ortelsburger Zeitung” pisała: „Rodacy Niemcy, wiedzcie, że należy już zawczasu pamiętać w waszych gminach o tych, którzy by głosowali na listę polską, względnie tolerowali w swych domach gazety polskie.
Należy wszystkich zakłócających spokój zawczasu unieszkodliwić.”

Kościół katolicki podał rękę ewangelikom robiąc „swoje”. Oto kilka przykładów wypowiedzi bogobojnych pasterzy:
 „Kiedy Polacy sięgną bezczelną łapą, a powiew ducha Bożego natchnie Niemców i poprowadzi ich przez bój do zwycięstwa - wtedy pobłogosław nas, Boże”, „A więc naprzód, Krzyżacy, godzina nadeszła. Pan jest duchem naszym. Bóg tak chce”. „Wszystko, co nie jest w Niemczech niemieckie, winno być wobec Niemców z należną czcią uważać się za ledwo tolerowane i nie powinno nic żądać, nie ważyć się nic powiedzieć.” W czerwcu 1920 r. przybył do Olsztyna przyszły papież Pius XI, z którym Polacy łączyli wiele nadziei.
Wielki Owczarz cudownie zamienił się w niemą, Wielką Rybę i żadnym słowem nie wsparł swych katolickich owieczek,
ani nie powstrzymał w najmniejszym nawet stopniu antypolskich działań kleru warmińskiego. Zaiste, rzecz godna świętego…

Niemcom dano jeszcze jedną szansę przyznając prawo głosu wszystkim urodzonym na terenach plebiscytu,
którzy ukończyli 20 lat. Rzesza spisała ich, opłaciła podróż, a na miejscu zapewniono darmowy wikt i opierunek suto zakrapiane darmowym alkoholem. Takim sposobem co trzeci głosujący oprócz miejsca urodzenia nie miał nic wspólnego z Mazurami i Warmią.
Rzecz jasna, że nikt nie miał najmniejszych nawet wątpliwości, na kogo padną te głosy.

Następnym „chwytem” były same kartki do głosowania. Na jednej było napisane alfabetem łacińskim słowo Polska/ Polen,
 na drugiej, tzw. „szwabachą” słowo Prusy Wschodnie/ Ostpreussen. Do czcionki łacińskiej ludność miejscowa nie była przyzwyczajona i traktowała ją jako obcą. Natomiast napis pisany „gotykiem” był czymś swojskim, dającym niejako gwarancję lepszego kontaktu, porozumienia między „władzą”, a obywatelem. I - co najważniejsze: chłop mazurski, którego świat ograniczał się do - co najwyżej- powiatu miał głosować albo za mityczną, odległą Polską, albo za swoją „ojcowizną”. Nie za równie odległym państwem niemieckim!
Miał wybierać: Polskę, która niedawno odrodziła się na mapie Europy i która walczyła z nawałą bolszewicką broniąc tejże Europy krwią swych żołnierzy, albo miał głosować za pozostaniem w swych „czterech kątach”, które znał od pokoleń, jakby miały być jakimś niepodległym państwem. Należy też pamiętać o sytuacji na wspomnianym froncie polsko - sowieckim, gdzie od 4 lipca trwała ofensywa Armii Czerwonej, co dawało Niemcom możliwość głoszenia tezy o „sezonowości” państwa polskiego i możliwości narzucenia na terenach pokonanej Polski terroru Czeka po narzuceniu siłą ustroju sowieckiego.
Mówiono wtedy dużo nie tylko o Wolnym Mieście Gdańsku, ale też o Prusach Wschodnich jako przyszłej bałtyckiej Szwajcarii z trzema językami urzędowymi: polskim, niemieckim i litewskim. Wszyscy wiedzieli jednak, że to fikcja - tak, jak obecnie mówi się o autonomii Śląska wiedząc, że gdyby do tego doszło, to finansujący ten ruch Niemcy otrzymaliby „swoje” tereny będące (o czym mówi się dość otwarcie) pod „tymczasową administracją polską”.
Niepojęta jest bierność obecnego rządu polskiego, który obojętnie podchodzi do tych jawnych prób rozbicia naszego państwa. 

Przepraszam- nasz( ??) premier Tusk nie jest bierny: na spotkaniu z Kaszubami, ku ich całkowitemu zaskoczeniu sugerował im walkę o autonomię Kaszub. Przecież to jawna zdrada!

W dniach 12-14 czerwca 1992 roku, jako wiceprzewodniczący ZG ZK-P tuż po upadku rządu Jana Olszewskiego, Donald Tusk uczestniczył w II Kongresie Kaszubskim, który odbywał się w Domu Technika w Gdańsku przy ul. Rajskiej 6. 13 czerwca 1992 r. do uczestników Kongresu wygłosił programowe przemówienie zatytułowane: „Pomorska idea regionalna jako zadanie polityczne.” Przedstawił w nim program pełnej autonomii Pomorza (Kaszub), które winno posiadać nie tylko własny rząd, ale i własne wojsko oraz własny pieniądz. Na takie dictum siedzący na sali (ks. prof. Janusz Pasierb, posłowie z WAK Alojzy Szablewski i Feliks Pieczka, szefowie Wielkopolan i Górnoślązaków oraz inni) wyrażali swe
oburzenie, gdyż oni nie widzieli Kaszub poza Polską ani Polski bez Kaszub. Siedzący w pierwszym rzędzie poseł Feliks Pieczka nie wytrzymał i wskoczył na estradę, podszedł do mikrofonu i wygłosił pozaprogramowe, piękne, patriotyczne
kontrprzemówienie, podkreślając, iż oddzielenie Kaszub od Polski byłoby nie tylko przestępstwem wobec polskiej racji stanu, ale i wobec interesu Kaszubów. Przypomniał też zebranym fragment hymnu kaszubskiego, który w języku polskim
brzmi: Nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Polski Kaszub.
Wobec powyższego pytam, czy premierem rządu polskiego może być człowiek, dla którego polskość jest urojeniem i który od wielu już lat wykazuje się działaniami na rzecz dezintegracji Polski i Narodu Polskiego, działaniami na
rzecz rozbijania jedności naszego Narodu i Państwa?

http://www.naszekaszuby.pl/modules/artykuly/article.php?articleid=169

Od siebie dodam tylko na koniec, że moim zdaniem Tusk wyraźnie wzywa do budowania takiego modelu samorządu, który przekształciłby państwo polskie w zbiór samodzielnych podmiotów politycznych i de facto zagroziłby w stanie dzisiejszym, tj. po wejściu do Unii, istnieniu naszego państwa.

Tusk już dawno temu zastanawiał się: „ Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło- ponuro- śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych urojeń? Polskość to nienormalność- takie skojarzenie nasuwa mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnie ochoty dźwigać... Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski - tej ziemi konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem.”

galba.blox.pl/2005/10/Tusk-Polskosc-to-nienormalnosc.html

Dziś ten człowiek wykonuje wiele uległych gestów wobec, prowadzących niechętną Polsce politykę, Niemiec. Z pewnością dlatego prasa na zachód od Odry pełna jest peanów na jego cześć…

Jakby na potwierdzenie nie tylko moich obaw pojawiła się w Internecie następująca informacja:

http://www.wprost.pl/ar/285675/Narodowosc-slaska-uznana-przez-sad/

Źródła:

Tygodnik Znak (nr 11-12/1987),

„Nasza Polska” nr 40
(519) z 4 X 2005 r. str. 11


Andrzej Marszałkowski

Przewodniczący Rady Naczelnej SN OPN

tel. 609 932 036

ul. Bielińskiego 1

83-300 Kartuzy

e-mail:sn-rn@wp.pl

Wróćmy do 22 marca 1919 r.: tego dnia superintendent piski, ksiądz Paweł Hensel ogłosił apel o podpisywanie protestu przeciwko przyłączeniu Mazur do Polski. W teren ruszyli agitatorzy: nauczyciele, listonosze, pastorzy, księża, sołtysi, wójtowie, żandarmi i policjanci, czyli osoby o olbrzymim wpływie na wsi. Któż oparłby się takiej „prośbie” o podpis pod petycją, gdy taka władza żąda jawnego określenia się na zasadzie „jesteś z nami, czy przeciwko nam”?
 Tym bardziej, że wszyscy widzieli, jak rozprawiano się z tymi, którzy chcieli być Polakami. Latem tegoż roku pod pozorem obchodów rocznicy bitwy pod Tannenbergiem przybyło na tereny plebiscytowe przeszło 40 tysięcy żołnierzy niemieckich. Pod tą osłoną jeszcze bardziej nasiliły się napady bojówek niemieckich na Polaków. Władze przeprowadziły reorganizację aparatu urzędniczego obsadzając
 „swoimi” ludźmi urzędy stanu cywilnego i biura ewidencji, czyli placówki sporządzające listy uprawnionych do głosowania, na których można było umieścić tysiące „martwych dusz”. Ponadto na propagandę antypolską płynęły z Niemiec ogromne kwoty uzyskiwane ze składek wszystkich tamtejszych miast i gmin, wszystkich firm i przedsiębiorstw.
Drukowano za te pieniądze miliony ulotek i gazet, organizowano huczne imprezy propagandowe.

12 lutego 1920 r. przybyli do Olsztyna przedstawiciele Komisji Alianckiej, która miała nadzorować przebieg plebiscytu:
Anglik Rennie, Francuz Couget, Włoch Fracassi i Japończyk Mamuro wraz z nikłymi oddziałami wojskowymi.
Działacze polscy domagali się natychmiastowego, oficjalnego zniesienia wszystkich ustaw antypolskich, usunięcia sędziów, którzy ze specjalną gorliwością karali polskich działaczy niepodległościowych, jak również nauczycieli i urzędników, którzy „wsławili się” szczególną aktywnością germanizacyjną.
Domagano się ukrócenia antypolskiej działalności księży i pastorów, by język polski na równi z niemieckim wprowadzono do szkół
 i urzędów. Po prostu domagano się faktycznego, nie tylko formalnego wyrównania szans. Oczywiście Komisja Aliancka nie tylko, że tych postulatów nie uwzględniła, ale jeszcze jawnie okazywała swój lekceważący stosunek do Polaków.
Na kilka tygodni przed datą wyborów Olsztyn przypominał przyfrontowe miasto:
domy, w których mieściły się polskie instytucje otoczone były zasiekami z drutu kolczastego.

11 lipca ogromna większość ludzi idących do lokali wyborczych ostentacyjnie pokazywała trzymane w dłoniach kartki z napisem Prusy Wschodnie. Niemcy nazywali to „oczyszczeniem z polskiego brudu”.
Sterroryzowani ludzie chcieli w ten sposób uchronić siebie i swych bliskich przed krwawą zemstą, jaką ich przez tyle czasu straszono. Jakąż odwagę musieli mieć ci nieliczni, którzy potrafili przełamać strach by głosować na Polskę!

Oczywiście zwycięstwo Niemiec nikogo nie zaskoczyło, a protesty strony polskiej na jawne i liczne nieprawidłowości oraz fałszerstwa zostały przez Komisję odrzucone: zachodni sojusznicy od początku zdecydowani byli oddać Prusy Wschodnie Niemcom
 i swój cel osiągnęli.

1 sierpnia w gmachu rejencji olsztyńskiej Komisja Aliancka uroczyście przekazała teren plebiscytowy władzom wschodniopruskim. Po osiemnastu dniach zakończono tę farsę wcielając go do Rzeszy.

Fala pogromów ludności polskiej przetoczyła się przez Warmię i mazury: w Olsztynie zdemolowano polski konsulat, w biały dzień napadano na Polaków: kobiety bito po twarzach i znieważano, mężczyzn bito do nieprzytomności, wyrzucano z tramwajów i pociągów. Bojkotowano polskich lekarzy, adwokatów, przedsiębiorców i handlowców.

Do Polski wyemigrowało ok. dziewięć tysięcy najdzielniejszych, najbardziej oddanych polskiej sprawie osób.
Wyłowić, zabić, bądź wypędzić przywódców pokonanego narodu - to stara zasada. Imię Polski na tej ziemi wbito w błoto i zhańbiono.
 W każdym mieście, miasteczku i wsi ustawiono triumfalne kamienie plebiscytowe, na których umieszczono jednocyfrowe liczby głosów polskich obok pięciocyfrowych liczb głosów niemieckich.
Miasto Biała wydało banknoty z napisem (tłum.): „Biała - niemieckie miasto, w którym nie ma żadnego Polaka.”.

Ręce opadają, gdy obecnie czyta się informację o tym, że
„…miejscowi społecznicy odnaleźli kamień plebiscytowy i ustawili go ponownie jako świadka skomplikowanych dziejów tych stron.”  Pominę nazwę miejscowości, gdzie owi „społecznicy” tak ochoczo i oczywiście bez zgarnięcia judaszowych srebrników
zbezcześcili pamięć Polaków ginących i cierpiących za Polskę…

A Polska milczy…