Gotyckim szlakiem- kontynuacja.
Od kilku lat podróżuję po Polsce i zaczynam coraz bardziej obawiać się o swoje zdrowie psychiczne.
Nie mówię o skutkach poruszania się po naszych pseudo-drogach wespół z wieloma( niezbyt udanymi) kopiami pana Kubicy, co samo w sobie jest- przyznacie sami- mocno stresującą sytuacją. Dużo bardziej niebezpieczny dla stabilności mojej Psyche jest dylemat dokąd pojechać i co zobaczyć przy okazji najbliższej wycieczki i- wierzcie mi- rozdwojenie ja to przy tym problemie mały Pikuś. Trzewia mego Ego rozszarpywane są na strzępy, gdy staję przed dylematem co wybrać: przepiękne Kaszuby, gdzie mieszkam( i ciągle mi mało), miejsca gdzie byłem( i wiem, że wszystkiego nie zdołałem zobaczyć), czy też rejony jeszcze przez mnie nie eksplorowane( których jest dużo za dużo jak na jedno życie).
Trza twardym być, a nie mientkim, jako rzekł niegdyś pewien towarzysz, więc wierny tej głębokiej myśli, walcząc ze swą słabością( p. wyżej) wybrałem się pod koniec lata 2011 roku do Stargardu Szczecińskiego, by stamtąd kontynuować podróż opisaną w relacji p.t.” Gotyckim szlakiem”.
Po drodze do miejsca startu zatrzymałem się w trzech miejscowościach: Dobra, Bieniczki i Maszewo, by w każdej z nich odnaleźć ślady Wielkiej Wojny.
Na lokalnym cmentarzu w Dobrej widać z daleka zarysy mauzoleum wzniesionego w 1923 r. Mauzoleum to może za dużo powiedziane: pomnik klęczącego żołnierza z hełmem opartym o prawą stopę otaczają cztery kamienne słupy, na których wyryto nazwiska mieszkańców poległych w latach 1914- 1919. Rzeźbiarz z niebywałym pietyzmem oddał szczegóły płaszcza i zapewne twarzy postaci, niestety ta- wraz z głową- nie zachowała się do naszych czasów.( Może to sprawka uwspółcześnionej i wiecznie powabnej Salome?)
Więcej szczęścia miał monument w Bieniczkach. Aby tu trafić należy z Dobrej wyjechać drogą nr 144 na Nowogard, aby po ok. 3 km skręcić na Mienice, Bieńczyce i dojechać do celu. Z daleka widać wieżę kościoła, obok którego znajduje się pomnik poświęcony poległemu w I wojnie światowej synowi von Dewitzów- dawnych właścicieli tutejszego majątku,. Berliński rzeźbiarz Fritz Klimsch wiernie odlał w betonie najdrobniejsze nawet detale: bagnet u pasa, fałdy i guziki płaszcza, a nawet podeszwy buta. Sama twarz uległa niestety częściowemu zatarciu.
Na cokole umieszczono płaskorzeźbę przedstawiającą zwierzę konio-podobne( widocznie artysta nie był specjalistą od fauny i flory) i wiersz:
„ Czerwień brzasku, czerwień brzasku,
Świecisz mi do wczesnej śmierci.”
Sam kościółek ma niesamowite wejście w postaci drzwi z postacią Świętego Michała przypominającego jako żywo krzyżackiego rycerza.
Natomiast w Maszewie będącym przed rokiem moją „ bazą wypadową” znajduje się mauzoleum z prawdziwego zdarzenia. Jest pięknie położone nad jeziorem na niewielkim, porośniętym gęstym lasem wzgórzu i znalazłem je tylko dzięki temu, że byłem tu wiosną: gdy drzewa pokryją się liśćmi nie będzie to już takie łatwe. Tym bardziej, że nie prowadzi doń żaden ślad, żadna wskazówka, czy też najmniejszy nawet szyldzik, skorzystajcie więc z mojej podpowiedzi: aby tu trafić należy kierować się w stronę zespołu szkół- półwysep znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie boiska. Wybudowana w latach 30 XX wieku budowla stoi na wysokiej podmurówce i z daleka przypomina ruinę owalnego kościoła. Nie ma w niej ani krztyny bólu po poległych, natomiast ocieka wprost militarystyczną butą: takie uczucie wywołuje powiązanie czerwonej cegły ułożonej w wyrafinowany sposób z wieńczącym ścianę „ prezbiterium” oknem w formie teutońskiego miecza. Furta była zamknięta, lecz bez problemu wszedłem przez wspomniane okno do środka, by usunąć sterty śmieci walające się wewnątrz i psujące walory estetyczne przyszłych fotek.
Niedaleko ma swój początek bardzo ładnie urządzona ścieżka dydaktyczno- ekologiczna biegnąca wzdłuż rzeczki wpadającej do jeziora.
W Stargardzie Szczecińskim zajrzałem na Międzynarodowy Cmentarz Wojskowy leżący przy ul. Władysława Reymonta, ok. 2 km od centrum miasta. Jest to jedna z nielicznych nekropolii w Polsce, na której pochowano żołnierzy obu wojen światowych. Spoczywa ich tu ok. 5 tysięcy- z armii rosyjskiej i radzieckiej, Polaków, Francuzów, Marokańczyków(!), Włochów, Belgów, Serbów, Rumunów i Anglików.
Aż trzy monumenty poświęcone są jeńcom rosyjskim z czasów Wielkiej Wojny. Pierwszy z nich to zwieńczony krzyżem obelisk z tablicą, na której widnieje napis: „ Żal i smutek po was, drodzy towarzysze nie zaginie w dalekiej Rosji. Rosyjscy jeńcy wojenni obozu Stargard”.
Drugi, tzw. „ Turecki” upamiętnia muzułmanów służących w carskiej armii: umieszczono na nim półksiężyc, sześcioramienną gwiazdę i poniższy tekst:
„ W obronie Boga od złego szatana
W imieniu wielkiego Boga
Nie ma innego Boga oprócz Allaha
Mahomet jest jego prorokiem.”
Rosjanie wyznania mojżeszowego doczekali się prostego pomnika w formie betonowego słupa z hebrajskimi napisami.
Pomnik jeńców francuskich zmarłych w latach 1939- 1940( ciekawe, jak trafili do niewoli w czasie „wojny ulotkowej”?) jest wielce interesujący ze względu na umieszczony na nim podwójny „ topór Franków” będący godłem kolaboracyjnego rządu w Vichy.
W najbardziej odległym kącie cmentarza stoi pomnik, który przez 51 lat zdobił centrum Stargardu, a został tu przeniesiony z Placu Wolności w 1996 roku, gdy likwidowano mauzoleum żołnierzy radzieckich. Jest to jedyny- o ile wiem- pomnik w obecnej Polsce, na którym widnieje podobizna Stalina. Koba wespół z wiecznie żywym towarzyszem Leninem zdobią przeogromny( większy od czołgu) sztandar trzymany przez mocarza siedzącego na pancernym monstrum przewalającym się przez okopy wroga. Ciekaw jestem, czy w „ oryginale” całość umieszczono tak, aby zachować jedynie słuszny kierunek ruchu obowiązujący prawdziwego wojownika Wielkiej Rewolucji Światowej, czyli zachodni?
Opuściłem nekropolię i przejeżdżając obok różowego budynku w kształcie dzioba pancernika „ Potiomkin” dojechałem do zachodnich przedmieść Stargardu. Znajduje się tu pomnik poświęcony pewnej abstrakcyjnej linii: jest to kamień stojący w punkcie, przez który przebiega południk 15° długości geograficznej wschodniej. Południk ten jest źródłem wielu problemów dla olbrzymiej rzeszy Europejczyków, gdyż stanowi oś strefy czasu środkowoeuropejskiego obowiązującego w zimowym półroczu. Chcących tu trafić, a posiadających czarodziejskie skrzyneczki o nazwie nawigacja samochodowa proszę o wbicie hasła „ Rondo 15 Południk”- tak bowiem nazwano to miejsce na drodze krajowej nr 10.
Dalej było już gorzej ze względu na olbrzymi ruch olbrzymiej ilości olbrzymich ciężarówek.
Kilka kilometrów tej trasy zaowocowało utratą wielu tzw. „ nerwów”, ale były też i plusy: nie zostałem zmiażdżony i wprasowany w asfalt. Zwiększyła się wprawdzie liczba siwych włosów i nerwowych tików lewego oka, ale w Lipniku „ w całości” skręciłem na południe, do Kunowa. Jeszcze słychać było szum „ dziesiątki”, lecz z każdym metrem lokalnej drogi wracałem do normy. We wsi panował spokój niewskazujący w żaden sposób na bliskość drogowego horroru, z którego przed chwilą uciekłem. Trafiłem tu z dwóch powodów: kościoła i cmentarza. Zawsze z podziwem patrzę na budowle w stylu gotyckim, a w takim wzniesiono w XV wieku z kamienia polnego i cegły tutejszy kościół. Szczególnie interesujące jest XV- wieczne sakramentarium z kutą kratą i drzwiczkami z drzewa dębowego z niezwykłym, namalowanym temperą na ich wewnętrznej powierzchni późnogotyckim obrazem Chrystusa Boleściwego( Vir Dolorum).
Na przykościelnym cmentarzu z trudem odszukałem pod krzewem cisu dwa kamienie: większy, to nagrobek zmarłego w 1941 r. sołtysa wsi- Richarda Jaecksa, a mniejszy- jego syna Ulricha poległego w Warszawie 25 sierpnia 1944 roku od celnej kuli powstańca.
Z Kunowa, wzdłuż zachodniego brzegu Jeziora Miedwie pojechałem na północ do Morzyczyna. Lokalne władze inwestują wcale niemałe pieniądze w organizację wypoczynku mieszkańców nie tylko miasteczka, ale i niezbyt odległego Szczecina oraz Stargardu Szczecińskiego. Może dlatego, że już na początku XX wieku był to bardzo popularny kurort, do którego tłumnie przyjeżdżali „ na wywczasy” goście z tychże miast?
Oto kilka widoczków z tamtych czasów:
Plaże nad Jeziorem Miedwie są nie tylko najszerszymi, ale i najczystszymi plażami śródlądowymi w województwie( przyznam się, że nie widziałem jeszcze w Polsce tak starannie wygrabionego piasku).
Jest nawet „ Aleja Gwiazd”, czyli promenada z wmurowanymi w chodnik mosiężnymi tabliczkami informującymi o „ gwiazdach” przyrody żyjących nad i w jeziorze. Czyż to nie lepszy pomysł od kolejnej alei pseudo- gwiazdeczek polskich seriali uwłaczających swym poziomem intelektowi człowieka myślącego? Można pogłębić swoją wiedzę przyrodniczą korzystając ze ścieżki edukacyjnej biegnącej setkami metrów drewnianych pomostów wijących się malowniczo wzdłuż brzegu, to znowu bezpośrednio nad taflą jeziora. Wybudowano również oświetlone ścieżki rowerowe i spacerowe, plac zabaw, a nawet skatepark, co akurat wydaje się chybionym pomysłem ze względu na okrutny hałas czyniony przez deski. Jest też piękne molo z klimatyczną werandą.
Największe wrażenie sprawia usytuowana praktycznie na wodach jeziora muszla koncertowa z dachem w formie żagla wypełnionego wiatrem. Aby uzyskać ten efekt wykonano olbrzymią pracę: po odgrodzeniu specjalnymi kurtynami części akwenu wypompowano wodę i w odsłonięte w ten sposób dno wbito ponad 80 pali o długości 13 metrów każdy. Na tak przygotowany plac budowy weszły odpowiednie ekipy, by postawić „ Pałac na wodzie” XX wieku.
Co roku organizowane są zawody dla panów, czyli wybór Miss Miedwia oraz dla pań, czyli Stihl Timbersports Series, na których prężą swe wspaniałe muskuły najlepsi drwale. Wprawdzie to nie to samo, co zawody Strongman, ale i tu widziano mdlejące z wrażenia niewiasty… Oto spis konkurencji:
http://www.stihl.pl/konkurencje.aspx
Jezioro jest jednym z największych w Polsce- przy powierzchni 3527 ha i całkowitej objętości 700 mln m³ nie można narzekać na brak miejsca do uprawiania różnych szaleństw wodnych. Jego wody są bardzo czyste, co szczególnie cieszy ludzi- ryby zaopatrzonych w eleganckie płetwy i kolorowe pojemniki ze sprężonym powietrzem, z mięciutkimi ustnikami umieszczonymi na końcach jakże ekspresyjnych rurek. Osobnicy uważani przez wodniaków za szczury lądowe też mają co robić: wokół jeziora panują idealne warunki do odbywania wycieczek pieszych, rowerowych i konnych. Dodatkowym atutem jest przylegająca od zachodu Puszcza Goleniowska. Wschodnie brzegi jeziora są strome, bagniste i mniej dostępne dla turystów, ale za to są rajem dla wszelkiego rodzaju podglądaczy. Mówię o ludziach wyposażonych w przeróżny sprzęt wspomagający dalekie widzenie( i fotografowanie) okazów fauny: właśnie tutaj niektórzy z nich zrobili „ zdjęcie życia” korzystając z olbrzymiej ilości ptactwa wodnego.
Możemy podziękować cystersom z Kołbacza, którzy w XIII w. podnieśli o 2 m poziom wody w jeziorze za pomocą systemu tam na rzece Płoni. Nie uczynili tego jednak z myślą o czymś tak grzesznym jak leżenie brzuchem do góry: korzystając z tego, że wody jeziora rozlały się szeroko lecz płytko zakładali na okolicznych terenach olbrzymie poldery, gdzie hodowali ryby. Dlatego dzisiaj można iść dość daleko od brzegu po twardym dnie bez obawy o zbyt głębokie zanurzenie, należy jednak uważać na pojawiającą się nagle głębię. Ostrożność jest tym bardziej wskazana, że w wodach jeziora czai się topielica Klicha.
A było to tak:
dawno, dawno temu w jednej z wiosek leżących nad Jeziorem Miedwie nastały złe czasy. Kury nie znosiły jaj i jeszcze były duszone przez rudego lisa, krowy dawały czarne mleko, pogoda zaś oszalała: groźne chmury wisiały całymi dniami nad wioską, szły z nich ulewy okrutne i burze z gradem wielkim, a piorunami strasznymi. Jezioro targane było sztormami i nijak nie szło wypłynąć na połów. Trwoga straszliwa padła na prosty, lecz pracowity ludek i długo dumano nad przyczyną tego gniewu bożego. Podejrzanie spoglądano po sobie, coby znaleźć winnego, aż pewnego razu ktoś krzyknął: „ To wiedźma Klicha sprowadziła zło na wioskę!” Była to wiejska zielarka, co wyleczyć i człeka, i zwierzę potrafiła, przyszłość wywróżyć też mogła, przez co ludzie wdzięczni byli, ale i bali się jej po trosze. Tym bardziej, że często niewygodną prawdę prosto w oczy mówiła i złośliwości też nie szczędziła. Długo zatem nie trwało, jak sznurami spętaną ofiarę daleko od brzegu w wody jeziora wrzucono. Zdążyła jeno krzyknąć:” Tak, jak mnie niewinnie topicie, tak ja po wsze czasy niewinnych ludzi będę wabiła, by ich zatopić w jeziorze. To moja zemsta!”
Wiele wody w rzekach upłynęło, wiele się na świecie zmieniło, ale nie było jeszcze roku, by choć jedna ludzka dusza nie przepadła w głębinach Jeziora Miedwie.
Z Mierzeszyna jest tylko kilka kilometrów do Kobylanki. Rośnie tam jedna z najstarszych w Polsce lip, zasadzona w 1460 r. przez burmistrzów Szczecina i Stargardu. Obaj panowie przypieczętowali w ten sposób podpisanie rozejmu kończącego tzw. „ wojnę pszenną” między tymi miastami walczącymi o prymat w handlu zbożem. Z tego powodu drzewo nazwano „ Wieńcem Zgody” i zobowiązano się do sadzenia kolejnego w każdą setną rocznicę historycznego spotkania. Stargard nie należał w tamtych czasach do Księstwa Szczecińskiego i bardzo szybko bogacił się na handlu towarami spławianymi Iną do morza. Do Szczecinian należał teren jej ujścia do morza i w różny sposób próbowali utrudnić życie „ konkurencji”, m. in. grodząc nurt rzeki ciężkimi łańcuchami. Ówczesny książę pomorski uznał jednak skargę Stargardu i nakazał zdjęcie przeszkody, a same łańcuchy do dzisiaj wiszą w zwycięskim mieście na Bramie Młyńskiej( było to nawiązaniem do starożytnych Rzymian, którzy zbroje pokonanych wodzów wieszali na bramach Rzymu, aby dodatkowo upokorzyć zwyciężonych). Tego było już Szczecinianom za wiele i rozpoczęli zbrojne napady na ziemie Stargardu. Dopiero książę Otto III zakończył te waśnie.
W pobliżu kościoła, przy ulicy Bolesława Chrobrego( droga do Reptowa) rośnie pięć lip o średnicach od 340 do 620 cm, będących pomnikami przyrody. Ostatnia z nich, zasadzona w 1960 r. uschła, ale nie miało to i nie ma dalszych konsekwencji, tym bardziej militarnych. Wprawdzie władze Stargardu Szczecińskiego od kilku lat przebąkują coś o chęci pozbycia się drugiego członu nazwy miasta sugerującego jego podległość względem stolicy regionu, ale- jak do tej pory- nie słychać groźniejszych pomruków.
Po drugiej stronie ulicy, na skwerku z fontanną w formie drzewa( nawiązanie do wspomnianej wyżej dendrologicznej tradycji), ustawiono 18 kamiennych obelisków symbolizujących wszystkie wsie gminy Kobylanka. Szkoda wielka, że zamysł artystyczny rozminął się nieco ze stroną praktyczną- napisy na płytach są bardzo mało czytelne.
Idąc od tego miejsca w stronę krajowej „ 10” mija się po lewej stronie kościół, a trochę dalej, po przeciwnej stronie uliczki widać ciekawy budynek „ Antykwariatu”, w którym można nabyć przeróżne starocie. Zostawiłem swój pojazd na parkingu przylegającym do tego przybytku dobra wszelakiego i wszedłem na teren Lapidarium. Jest to miejsce po dawnym cmentarzu ewangelickim, gdzie od kilkunastu lat gromadzone są nagrobki i krzyże ze starych nekropolii rozsianych na terenach powiatów stargardzkiego, pyrzyckiego i gryfińskiego. Na jednym z żeliwnych krzyży znalazłem polskie nazwisko: Władysława Kurdasińska. Biedna kobieta zmarła w 1915 roku pracując ciężko na jednym z okolicznych majątków ziemskich. Napis „ Wieczny odpoczynek racz dać jej Panie” sprawił kłopot niemieckiemu rzemieślnikowi odlewającemu formę krzyża, co widać po kształcie litery „ ć”.
Ze skrzyżowania, przy którym zlokalizowano Lapidarium pojechałem w kierunku Dobropola Gryfińskiego. Po kilku km odbiłem na wschód i dojechałem do wsi Bielkowo. W latach 1941- 1945 był tu obóz jeńców radzieckich, a od 1944 r. więziono w nim także powstańców warszawskich. Więźniów zmuszano do ciężkiej pracy przy budowie doświadczalnej wytwórni torped. Na południowy- wschód od wsi, nad Jeziorem Miedwie istniały zakłady Torpedowaffenplatz Madüsee, w których produkowano i testowano na potrzeby Luftwaffe śmiercionośne cygara. Podłużny kształt jeziora idealnie pasował do tych celów- działał tu poligon pomiarowy z torpedownią, czyli trzykondygnacyjnym budynkiem, z którego odpalano torpedy wyłapywane przez specjalne sieci, ew. podnoszone z dna przez nurków. Został on celowo zalany przez uciekających Niemców i do dnia dzisiejszego nie udało się go osuszyć. Po okolicy krąży legenda o niemieckim oficerze, który skuszony sporą kwotą zielonych banknotów obiecał wskazać tajne zawory umożliwiające wypompowanie wody z budynku, lecz członkowie Wehrwolfu szybko i na wieki zamknęli mu usta. W skład zakładów wchodziły ponadto warsztaty, magazyny, montownia torped, elektrownia i przystań z jednostkami pływającymi: poławiaczami torped, motorówkami i barkami transportowymi. W 1945 r. Niemcy zatopili większość sprzętu i obecnie nurkowie chętnie eksplorują tutejszy akwen, zaglądając szczególnie ochoczo do wraku kutra śledzącego bieg torped( trafionego ponoć przez jedną z nich i spoczywającego w pokoju na głębokości 18 m).
Ze względu na fakt, że teren dawnej bazy niemieckiej jest własnością wojska dostęp do niej jest mocno utrudniony. Usiłowałem dotrzeć w to miejsce drogą lądową, lecz zatrzymał mnie szlaban i „ miła inaczej” dama, która przybyła doń na rowerze. Pani była dużo większa ode mnie, więc nie próbowałem nawet( prężąc swą wątłą muskulaturę) polemizować z jej wyraźnym zakazem wjazdu. Kobiece usta wydały równie stanowczy rozkaz zabraniający fotografowania terenu przed szlabanem, więc grzecznie schowałem aparat do futerału i pokornie opuściłem przedmurze tajnej bazy tak dzielnie bronionej przez potężną białogłowę. Ewentualna dyskusja na temat tego ostatniego zakazu nie miała sensu nawet gdybym wskazał palcem przelatującego nad naszymi głowami satelitę szpiegowskiego wrażych sił, który zdołał z pewnością obfotografować nie tylko każdy kamyk na drodze, ale i tę Amazonkę obmywającą swe rozrośnięte tkanki mięśniowe pod służbowym prysznicem.
W linii prostej na zachód od Bielkowa leży wieś Rekowo, gdzie znalazłem nocleg w gospodarstwie agroturystycznym. Tuż obok zabudowań, przy drodze prowadzącej na „ skróty” do Szczecina stoi wartownia strzegąca jeszcze do niedawna tamtejszego dworca kolejowego.
Rano pojechałem na wschód, do Żelewa. Kiedyś mieszkańcy tej wsi parali się rybołówstwem, obecnie coraz częściej widzi się tu mniej, lub bardziej grube ryby ze Szczecina spędzające wolny czas na swych posesjach wczasowych. Było „ przed sezonem”, więc wszystkie rekiny i piranie zdążyły odpłynąć do swych firm, przez co osada w 100 % spełniała warunki „ wsi sielskiej i anielskiej”. Właśnie sprawy jak najbardziej niebiańskie sprowadziły mą grzeszną duszę( o ciele nie wspominając) w te okolice. Konkretnie chodziło o kościółek. Nie myślcie jednak, że kierowało mną poczucie winy za liczne, acz nad zwyczaj przyjemne grzeszki wymagające natychmiastowego ulżenia sumieniu przez leżenie krzyżem na zimnej posadzce( brrrrrrrrr). Otóż w Żelewie stoi od końca XVII wieku interesująca budowla sakralna. Już z zewnątrz jest nadzwyczaj ciekawa przez swą ryglową budowę i drewnianą dzwonnicę umieszczoną tuż obok jej murów. Znalazłem w Necie starą fotografię kościółka i jak widać nic się nie zmieniło:
Z kościołem związana jest pewna legenda:
mieszkańcy wsi wybrali się do Stargardu, by nabyć materiał na uroczyste stroje, w których chcieli wziąć udział w poświęceniu nowej świątyni. Wracali wzdłuż jeziora Miedwie i w pewnym momencie ujrzeli olbrzymiego raka wypoczywającego na piaszczystym brzegu. Jego ogromne nożyce podsunęły im pomysł na zaoszczędzenie pieniędzy: poprosili zwierzę, aby zechciało skroić im ubrania ze stuprocentowym rabatem( w ramach promocji). Aby ułatwić mu zadanie postawili go na rozpostartym materiale i czekali na efekt końcowy. Rak nie bardzo był skory do współpracy, a może nie uśmiechała mu się praca „ za friko”, więc nawet nie kłapnął nożycami i czmychnął w wodne otmęty. Zostawił jednak ślady na materiale i wieśniacy wydumali sobie, że jak potną materiał podług tychże śladów większa część pracy będzie zrobiona. Jak pomyśleli, tak zrobili i z kawałkami sukna poszli do wiejskiego krawca. Ten orzekł, że niestety po cuda to trzeba zgłosić się pod inny adres i odmówił pracy nad składaniem puzzli. Chłopi doszli do wniosku, że wszystkiemu winny jest rak więc pobiegli chyżo nad jezioro, gdzie dopadli sprawcę i pozbawili go życia. Stamtąd mieli już blisko do Stargardu, gdzie ponownie napełnili trzosik sprzedawcy płótna i innych materiałów krawieckich.
Morał z tej przypowieści jest tylko jeden: każda promocja kryje w sobie jakiś „ haczyk".
Niebiosa mi sprzyjały zsyłając miłe, starsze małżeństwo, które akurat przyjechało, aby przeprowadzić w świątyni drobne prace porządkowe. Przyznacie sami, że zaiste niezbadane są wyroki Pana… Dzięki temu szczęśliwemu zrządzeniu losu mogłem wejść do kościółka i obfotografować jego niesamowite wnętrze. Dwa obrazy przedstawiające sceny Sądu Ostatecznego są wyraźnie zainspirowane twórczością Wielkiego Hieronima Boscha i co wrażliwszym grzesznikom mogą swą sugestywnością ułatwić szybsze zejście w otchłanie piekieł.( Oglądanie zarówno oryginałów, jak i poniższych zdjęć na własną odpowiedzialność!!)
Strop świątyni podparto jednym drewnianym słupem co jest bardzo rzadko spotykanym rozwiązaniem. Chór ozdobiono siedmioma malowidłami z 1734 r. przedstawiającymi sceny biblijne z grupy „ wodnych” takich jak Potop, przejście przez Morze Czerwone, Święty Piotr łowiący ryby, Jonasz, uciszenie burzy na Jeziorze Genezaret i połów ryb po Zmartwychwstaniu. Do dzisiaj nie przetłumaczono widniejących na nich napisów ze względu na dialekt jaki użyto( prawdopodobnie staro- duński). Byłoby to zrozumiałe z tego powodu, że wioska należała do zakonu cystersów z pobliskiego Kołbacza sprowadzonego w XII w. z klasztoru w Esrum położonego na duńskiej wyspie Zelandia przez Warcisława Świętoborzyca, kasztelana szczecińskiego.
Takim sposobem dotarliśmy do następnego etapu wycieczki, czyli do Kołbacza. Z daleka widać olbrzymią, nieproporcjonalną do wielkości miejscowości bryłę kościoła klasztornego. Należy mocno wytężyć wyobraźnię, by ujrzeć jego dawny ogrom, gdy istniały jeszcze dwie wielkie nawy boczne spalone w potężnym pożarze w 1662 roku. Po nim zarówno klasztor, jak i sam Kołbacz już nigdy nie odzyskały swego dawnego znaczenia.
Skąd Duńczycy na tych terenach? Musimy cofnąć się do XII wieku, gdy książę saski Henryk Lew zwołał tzw. Pierwszą Krucjatę Północną będącą odpowiedzią na słowiańskie korsarstwo, w którym prym wiodły plemiona Wieletów i Obodrzyców z wyspy Wolin. Skandynawowie swoimi akcjami zbrojnymi doprowadzili do znacznego osłabienia, by nie rzec upadku politycznego i militarnego Książąt Pomorskich i wkrótce opanowali całe Pomorze. Jedną z konsekwencji było złożenie hołdu lennego królowi duńskiemu, do czego został zmuszony wspomniany kasztelan szczeciński. Sprowadzeni zakonnicy mieli nie tylko umacniać młodą jeszcze na tych terenach wiarę chrześcijańską, ale i wzmacniać wpływy duńskie, czemu służyło m. in. sprowadzenie dużej ilości osadników duńskich i niemieckich.
Cystersi słynący w ówczesnej Europie jako nadzwyczaj pracowici gospodarze przyczynili się do znacznego podniesienia kultury rolnej na podległych im terenach: powstały liczne stajnie, spichlerze, stodoły, kuźnie, młyny, cegielnie, warsztaty rzemieślnicze, browary, piekarnie i karczmy. Zmieniono bieg rzeki Płonie i podwyższono poziom wody Jeziora Miedwie. Efektem była wysoka produkcja zbóż, mąki, mięsa z hodowli bydła oraz miodu z własnych pasiek i wina z własnych winnic(!). Znacznie rozwinęło się sadownictwo, w którym wprowadzono nieznane dotychczas na tych ziemiach odmiany jabłek i gruszek. Zakon obrastał w siłę i bogactwo nie tylko na drodze mniej lub bardziej wymuszonych nadań i danin, ale i … fałszerstw dokumentów- w ten niecny sposób braciszkowie przejęli praktycznie wszystkie dobra Warcisława, który- jak się okazuje na swoją i swych spadkobierców zgubę- sprowadził ich na Pomorze.
W 1210 roku zakonnicy postanowili wznieść murowany klasztor i po przeszło 130 latach budowy( w 1347r.) powstała pierwsza, całkowicie ceglana budowla sakralna na Pomorzu Zachodnim. Była to trójnawowa bazylika założona na planie krzyża łacińskiego, z pięcioprzęsłowym transeptem. Elementem wieńczącym fasadę kościoła jest ceglana rozeta umieszczona nad głównym portalem świątyni, będąca charakterystycznym motywem dekoracyjnym stylu gotyckiego- obecnie unikatowa w skali nie tylko naszego kraju.
Na początku XIV wieku dobudowano do głównego skrzydła klasztoru dom konwersów, czyli braci świeckich, niebędących w pełni wyświeconymi zakonnikami. Byli to głównie chłopi wyznaczeni do ciężkiej pracy w polu, transporcie, na licznych budowach i usługiwaniu „ lepszym” braciom- taka bogobojna i nieprzemijająca odmiana Unter- i Übermenschów.
Kilka lat później wzniesiono reprezentacyjny dom opata położony( zgodnie z tradycją) przy południowo- wschodnim narożniku klasztoru i połączony z nim krytym krużgankiem.
Kołbacz był jednym z najważniejszych ośrodków politycznych Księstwa Pomorskiego, do którego często zjeżdżali książęta szczecińscy. W przyklasztornym kościele zostało pochowanych wielu przedstawicieli rodów Świętoborzyców i Gryfitów, lecz do naszych czasów nie zachował się żaden ich nagrobek.
W czasach swej największej świetności klasztor wraz z budynkami towarzyszącymi zajmował powierzchnię małego średniowiecznego miasta o średnicy 250 m i z murami obronnymi o długości ok. 800 m, wysokimi na 3, 5 metra.
Kres potędze zakonu cystersów przyniósł XVI wiek, w którym doszło do powstania i zwycięstwa ruchu reformatorskiego na terenach krajów niemieckich i skandynawskich.
O klasztorze krąży wiele legend.
Oto jedna z nich:
Ojciec Oskar był jednym z nielicznych ludzi na świecie, których nie cieszyła przychodząca po srogiej zimie wiosna. Co roku siedział markotnie w swej celi patrząc ze złością na przylatujące bociany i krążące nad głową jaskółki; nie cieszyło go nawet powracające ciepło i coraz dłuższe dni. Powód był jeden i nazywał się zając. Otóż walczący profesjonalnie z Szatanem mnich ulegał w jednej tylko kwestii jego podstępnym podszeptom. Dolatywały one z klasztornej kuchni w postaci zapachu lekko przyrumienionej i naszpikowanej słoninką zajęczej pieczeni. Przez większość roku mógł folgować swym kulinarnym przyjemnościom, niestety wiosną nikt mu nie przynosił złapanych długouchych w tzw. „ darze”. Był to czas ich kocenia się i żaden myśliwy nie chciał mieć na sumieniu głodowej śmierci małych zajączków. Wyposzczony ponad miarę opat, który ze swych przepisowych 150 kg zszedł, biedaczek, do marnego centnara ledwo żywej wagi zdenerwował się okrutnie na bezmyślny ludek boży, któremu milsze było jakie głupie zwierzę, niźli zdrowie boskiego sługi. Postanowił zatem wziąć sprawy w swe pulchne ręce i potoczył się na pola, by postawić wnyki. Następnego dnia ujrzał w jednym z sideł wielkiego zająca i oczami wygłodzonej wyobraźni widział już talerz wypełniony wybornym miąskiem. Gdy był blisko ofiary ta odezwała się do niego ludzkim głosem: „ Biada ci, opacie! Wielką wyrządziłeś krzywdę bezbronnemu stworzeniu. Tam, w gnieździe giną moje dzieci z głodu. Może ich kwilenie zwabiło chytrego lisa, może jastrząb rozszarpał już ich miękkie ciałka. A mnie nie ma w gnieździe, boś mnie uwięził i zabić chcesz, by sobie dogodzić. Biada ci, biada, nielitościwy człowieku!” Poczem zając ostatkiem sił wyrwał się z pułapki zostawiając w niej jeno resztkę jednej łapy.
Na efekt tej przemowy nie trzeba było długo czekać: markotny, a zły i głodny mnich nie zauważył dziury w drodze i wpadł w nią łamiąc nogę. Pomimo usilnych prób klasztornego medyka o imieniu Piotr noga źle się zrosła i do końca swego żywota Kołbacki opat kuśtykał wieczorami wokół klasztoru.
Morał z tej powieści jest taki: Obywatelu! Stosuj prawidłową dietę, a nie będziesz zbędnym ciężarem dla Narodowego Funduszu Zdrowia!
( Korzystałem z pracy p. Moniki Wiśniewskiej „ Legendy Pomorskie. Ocalić od zapomnienia”.)
I jeszcze jedna saga opowiadana przez pana Franciszka Pałasza, ur. 70 lat temu w Stężycy koło Kartuz, od 1946 roku mieszkającego w Żelewie:
„ Klasztor w Kołbaczu, nie, on już tam jest od tysonca sto, zdaje mi se, szedzesontégo roku. Mówio tak: na, w jezorze Mwiedwie nie buło żadn’ych sejów. I w ogóle mało riby, tak tu dużo riby nie buło. To tén przeor z tego Kolbaczy se założył z tym kusym, żeb’y mu ta seja jakos wprowadzic, on jego duszä możé zabrac. Diabuł se uceszył, uogonem zamérdał i pojechał na Łotwe panie, tam, na tén Päjpus, zej tam. No jak tam pojechał, náá, wtedy przeor w strachu, nie, -buo niedugo Bedze północ, a po północy diabéł przyleci i go weznie. Tak on posłäł tych swoich braciszków wszystkich, tych mnichów, dookoła jezora uobstawił i zaczón drzec se jak kury – piat’. To diabuł leci z tá seją, nie? Jak już buł blisko czuje, że kury piejo, tuo se zlonk i sejä puscił (do jeziora Mwiedwie) i uciek, jo, a przeor dusze ocalił.”
Nic jednak nie ocaliło cysterskich budynków.
Jeszcze w XVI wieku podzielono nawę główną na dwie połowy i pomimo upływu czterech stuleci nie uległo to zmianie: zamknięta na cztery spusty nieużywana część niszczeje w oczach zarastając bujną zielenią chwastów i krzaków. Sytuacja jest o tyle dziwna, że Wojewódzki Konserwator Zabytków z pewnością zdaje sobie sprawę z wyjątkowości obiektu, którego ceglana rozeta wieńcząca szczyt kościoła zaliczana jest przez WSZYSTKICH specjalistów za unikat w skali Polski i świata. Unikatowa jest również gotycka stodoła „pracująca” dzielnie po dzisiejszy dzień na terenie dużego gospodarstwa rolnego znajdującego się po drugiej stronie ulicy, będąca „ przy okazji” jedynym zachowanym na Pomorzu Zachodnim budynkiem gospodarczym z XIV wieku. Obok niej dogorywa budynek dawnego pałacu.
Jeszcze starsze zabytki znajdują się na południowy wschód od wsi: są to dwa grodziska słowiańskie leżące nad Płonią.
Następnie przez Stare Czarnowo dojechałem do pięknie położonej na skraju Puszczy Bukowej wsi Glinna, będącej niegdyś folwarkiem klasztornym cystersów z Kołbacza. Wjeżdżając do wsi skręciłem na północ, w brukowaną drogę prowadzącą do leśnej osady Gliniec. Tuż przed nią pyszni się okazały, zajmujący 3, 5 ha polskiej ziemi cmentarz żołnierzy niemieckich. Oficjalnie przenosi się tu szczątki „ rycerskiego” Wermachtu bez ich kumpli z SS, jakby nie pamiętano o zbrodniach Niemców KAŻDEJ formacji wojskowej. A przecież to piloci Luftwaffe ostrzeliwali i mordowali niewinnych cywilów uciekających w popłochu w 1939 roku, bombardowali szpitale i szkoły w polskich miastach i wsiach. Natomiast Wermacht „wsławił się” wieloma mordami na Polakach- zarówno cywilach, jak i jeńcach, począwszy od pierwszych chwil II wojny światowej. Dla każdego Polaka, który czci pamięć swych przodków, dla każdego Polaka każdy wypacykowany grób mordercy w niemieckim mundurze jest niczym plunięcie w twarz. Tym bardziej, że polskie groby, cmentarze i pomniki z tamtych czasów są- jako „ politycznie niewygodne”- zaniedbane i opuszczone, w odróżnieniu od cmentarzy ich oprawców. Nic dziwnego: Polska (??) Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa od lipca 1998 roku zobowiązana jest opiekować się cmentarzami niemieckich zbrodniarzy. O ile wiem, to po drugiej stronie Odry nie ma ŻADNEJ organizacji będącej odpowiednikiem tej kuriozalnej Rady.
Wstyd i hańba!
Oto, co na temat zbrodniczego Wermachtu ma do powiedzenia Wikipedia:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnie_niemieckie_w_Polsce_(1939-1945)
Proszę wbić w Google hasło „ Zbrodnie Wermachtu w Polsce”- jest tego dużo więcej…
Nie przyjechałem tu z pewnością po to, by wydać choćby jedną złotówkę na znicz nagrobny, lecz by zajrzeć do leżącej obok Słonecznej Kotliny. Dzięki temu, że jest usytuowana między wysokimi wzgórzami morenowymi, a od północy i wschodu chronią ją gęste, bukowe lasy panuje w niej przyjazny ciepłolubnym roślinom klimat. Wykorzystał to w drugiej połowie XIX wieku Carl Ludwik Gene będący podówczas nadleśniczym w Śmierdnicy i założył niewielki, acz bardzo ciekawy Ogród Dendrologiczny. Pochodzący z Francji leśnik był wielkim miłośnikiem Puszczy Bukowej: wyznaczył i urządził w niej przejścia, wybudował mostki, oznakował drzewa pomnikowe i wyznaczył najatrakcyjniejsze punkty widokowe. W 1894 roku, w pierwszą rocznicę jego tragicznej śmierci Towarzystwo Puszczy Bukowej wystawiło mu kamienny pomnik na szczycie Piekielnika- dojść tam można po pokonaniu 7 km szlakiem czerwonym. Do dzisiaj rosną tu drzewa posadzone ręką Francuza- najstarsze pochodzą z lat 1880-1890!
Liczącą sobie 4 km ścieżkę dydaktyczno- przyrodniczą zaznaczyłem śladami opadającej żuchwy. I nic dziwnego: wśród 800 gatunków składających się na niezwykle cenną kolekcję rzadkich drzew i krzewów egzotycznych znajduje się np. jodła olbrzymia( wys. 42m, średnica 430 cm) - największy okaz tego gatunku w Polsce, jodła grecka i jodła szlachetna należące do największych okazów w naszym kraju, czy duży okaz przeorzecha pięciolistkowego. Rosną też metasekwoja chińska, jałowiec wirginijski, cypryśnik błotny i groszkowy, szydlica japońska, tulipanowiec chiński i amerykański.
Oto ten ostatni:
Teraz przedstawiam Państwu sosnę Armanda przybyłą prosto z odległych Chin:
Na zakończenie kilka ujęć jedlicy( daglezji) zielonej rosnącej „ na co dzień” w Ameryce Południowej:
Najstarszym drzewem na obszarze ogrodu jest orzesznik pięciolistkowy, liczący sobie ok. 180 lat. Odwiedzających witają i żegnają pozostałości mamutowca olbrzymiego zwanego sekwoją, który do roku 1987 osiągnął imponujące rozmiary: wysokość 40 m, obwód 150 cm. Niestety, po ataku mroźnej zimy drzewo obumarło i trzeba było je ściąć. Aby dać potomnym wyobrażenie jego wielkości cięcie przeprowadzono na wysokości 8 metrów. Poniżej fragment tekstu z tablicy informacyjnej umieszczonej w pobliżu:
„ Mamutowiec olbrzymi (Sequoiadendron giganteum ) należy do najpotężniejszych, choć nie najwyższych drzew świata i żyje do 3,5 tysiąca lat. Przed wielu milionami lat lasy mamutowe porastały półkulę północną i występowały także w Europie. Dzisiaj możemy zobaczyć taki las na obszarach położonych między 1500 a 2500 m n.p.m. na zachodnich zboczach Gór Sierra Nevada w Kalifornii (USA).
Rekordzistą pod względem wielkości był „Ojciec lasu” o wysokości 135 m i średnicy pnia 12m! Niestety drzewo zawaliło się. Obecnie największym przedstawicielem gatunku jest rosnący w Sequoia National Park „General Sherman” o wysokości 84 m i średnicy pnia 9 m! Okaz obecny w arboretum był największym drzewem mamutowym w Polsce”.
Po zachodniej stronie ogrodu znajduje się leśny rezerwat przyrody „ Źródliskowa Buczyna” im. Jerzego Jackowskiego. Utworzono go w 1956 r. w celu ochrony tejże buczyny z runem bogatym w storczyki, a także lasów łęgowych występujących w licznych jarach nad ciekami wodnymi.
Dawnymi posiadłościami cystersów z Kołbacza były również następne na trasie wycieczki wsie Kartno i Żelisławiec- ta ostatnia z pięknym, wczesnogotyckim kościółkiem otoczonym kamiennym murkiem, z imponującym gniazdem bocianim na szczycie. Obok rośnie stary dąb nazwany „ Dębem pod Gryfami” o obwodzie pnia wynoszącym 415 cm.
Na osoby chcące się nieco ochłodzić czeka Jezioro Glinno o pow. 76 ha z licznymi półwyspami i zatokami, przez co aby go obejść dokładnie wzdłuż linii brzegowej trzeba pokonać blisko 7 km.
Jako, że Szczecin i jego okolice zostawiłem sobie na osobną wyprawę ominąłem to piękne miasto od południa kierując się na Gryfino. Po drodze była wieś Gardno( dąb „ Kasztelan” o obwodzie 390 cm i lipa o obwodzie 340 cm) oraz Wełtyń- obie( jakżeby inaczej) należące kiedyś do cystersów z Kołbacza. Wełtyński kościół ma coś wspólnego ze świątyniami z odległej Bukowiny w Rumunii: otóż i tu na ścianie nieznany artysta namalował w XVI w. „ katechizm” dla niepiśmiennych chłopów pod postacią 33 obrazów przedstawiających sceny od Stworzenia Świata po Sąd Ostateczny.
I tak dotarłem do Gryfina.
Przy wjeździe do miasta usytuowano największy na ziemi szczecińskiej cmentarz wojenny, założony w 1947 r. Spoczywają na nim zwłoki 7134 żołnierzy radzieckich, w tym 6125 nieznanych! ( Najczęściej byli nimi więźniowie gułagów)
Poniżej znajduje się cmentarz komunalny z odsłoniętym 11 listopada 1995 r. pomnikiem „ Golgota Wschodu” powstałym z inicjatywy gryfińskiego koła Związku Sybiraków. Jest to symboliczna mogiła wszystkich Polaków, którzy nie wrócili z zsyłek na Sybir, zostali zamordowani na terenie ZSRR oraz polskich żołnierzy poległych na frontach II wojny światowej. Z tragicznych kart historii naszego narodu wszyscy wiemy o oficerach zamordowanych w Katyniu, Starobielsku i Charkowie. Nikt nie mówi jednak o setkach tysięcy(!!) Polaków zamordowanych i zakatowanych wskutek rozkazu Stalina. Ich tragedia rozpoczęła się 10 lutego 1940 roku: do czerwca 1941 roku, w czterech wielkich deportacjach zwanych „ przesiedleniem” zesłano do syberyjskich łagrów, w okolice Archangielska, Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komi od 1,5 do 2 milionów Polaków. Polecam lekturę książki autorstwa dr Jerzego Jaśkowskiego p.t. „ Zbrodnia na Morzu Białym”. Kontakt z Autorem, u którego można ją kupić: jjaskow1@gmail. pl
Jedna ze stron poświęcona zsyłkom Polaków na Sybir:
http://www.asme.pl/110928029874618.shtml
Gryfin został w 1945 r. zniszczony w 70% tracąc całe śródmieście. Jego historia pełna jest takich tragedii- np. w 1530 r. wielki pożar strawił praktycznie całe miasto; w 1625 r. 1/3 mieszkańców zmarła wskutek zarazy, 15lat później Szwedzi niszcząc mosty na Rogalicy i Odrze doprowadzili do ostatecznego upadku Gryfina.
Odbudowując miasto zachowano jego średniowieczny układ urbanistyczny z rynkiem pośrodku, przy którym wznosi się najcenniejszy zabytek – romański kościół, przebudowany w stylu gotyckim na przełomie XV i XVI wieku z zachowaniem wysokich partii romańskich murów. Jest to jedna z największych budowli tego typu na Pomorzu Zachodnim zbudowana na planie krzyża greckiego.
Z dawnych obwarowań miejskich zachowały się tylko fragmenty kamienno- ceglanych murów obronnych oraz Brama Bańska.
Najciekawsze miejsca znajdują się poza miastem.
Należy do nich Pak Krajobrazowy „ Dolina Dolnej Odry” chroniący unikatowy w skali Europy obszar tzw. Międzyodrza, czyli ciągnący się na długości 37 km pas podmokłych wysp. Na 120 km² rzeka tworzy sieć rozgałęzień i odnóg z licznymi, zacisznymi kanałami oraz dzikimi wyspami porośniętymi bujną roślinnością. Jest to jedno z ostatnich takich miejsc na naszym kontynencie, gdzie przetrwała ekosfera związana ze środowiskiem wodno- błotnym. Kilkanaście gatunków żyjących tu zwierząt zapisano w Czerwonej Księdze jako zagrożone wyginięciem. W 1995 r. po stronie niemieckiej powstał park narodowy. Dlaczego nie u nas?
Drugie wyjątkowe miejsce związane jest z jedną z największych w Polsce elektrowni cieplnych, czyli z „ Dolną Odrą”. Tuż przed dawnym hotelem robotniczym stojącym po prawej stronie drogi należy wejść w „bramę” zbudowaną z rur biegnących wysoko nad ziemią. Następnie należy skręcić w lewo, by po kilkudziesięciu metrach znaleźć się w najdziwniejszym lesie, jaki można oglądać w Polsce, a kto wie, czy nie na świecie.
Jest to tzw. „ Krzywy las” o powierzchni 0, 5 ha, w którym rośnie w 22 rzędach ok. 500 sosen o sztucznie wykrzywionych pniach skręcających tuż nad ziemią ostro w górę, z krzywiznami zwróconymi na północ. Ich pałąkowate wygięcia mają długość od jednego do trzech metrów i do dzisiaj nie wiadomo, kto i dlaczego to zrobił( mówi się nawet o wpływie UFO, ale moi koledzy z Marsa stanowczo temu zaprzeczają). Znowu będę się czepiał: miejsce nie jest nawet ogrodzone, przez co spotkałem tam nie tylko samochody parkujące pod drzewami, ale także- o zgrozo- ślady ognisk.
Za wsią Pniewo skręciłem w lewo, w drogę nr 121( kierunek Banie). W maleńkim Rożnowie rośnie całkiem spora liczba okazałych drzew z pomnikowym cisem( naprzeciwko sklepu) na czele. Jednak nie wspaniałe drzewa było powodem, dla którego zatrzymałem się w tej cichej wsi, lecz mały kościółek z XV w. otoczony pochylonym ze starości murem. Nie tyle zresztą sama świątynia, co ukryty za nią neogotycki grobowiec z XIX w. oraz ciekawy nagrobek.
Widniejący na nim napis mówi o kapitanie 1 Pułku Dragonów Gwardii imienia Brytyjskiej i Irlandzkiej Królowej Wiktorii. Obecnie taka nazwa pruskiego pułku wydaje się nam dziwna, w tamtych czasach było jednak dość częstą praktyką, że patronem zostawał członek panującej rodziny, bądź zaprzyjaźniony monarcha. Karl Freiherr von Steinaecke był pochodzącym z bogatego oraz potężnego rodu właścicielem dzisiejszych wsi Rożnowo i Ognica. Jeden z jego przodków- Franz Christian za majątek w Rożnowie zapłacił w 1779 r. astronomiczną kwotę 24 tys. talarów( roczna pensja burmistrza Gryfina wynosiła w tamtych latach 100 talarów!), a w 1823 r. w tymże Gryfinie założył lożę wolnomularską.
We wsi znajduje się trochę zapomniany, zbudowany z czerwonej cegły gołębnik, niedaleko zaś, nad rzeką Tywą- ruiny spalonego młyna.
Od następnej miejscowości, czyli Lubanowa wstąpiłem na ścieżkę „ Pana Samochodzika” z powieści „ Księga strachów ” Zbigniewa Nienackiego. Tym razem jego główny bohater- pan Tomasz usiłował rozwiązać tajemnicę dziwnych znaków umieszczanych na murach kościołów. Chodziło oczywiście o szachownice. Zarówno pan Tomasz, jak i„ prawdziwi” archeolodzy nie potrafią do dzisiaj wytłumaczyć genezy i znaczenia tych symboli. Pierwszy kościół z całej serii spotkałem właśnie w Lubanowie.
Przed kościołem stoi postument dawnego pomnika poświęconego mieszkańcom wsi poległym na frontach I wojny światowej.
W tamtejszym parku podworskim o charakterze krajobrazowym rosną piękne świerki srebrzyste, dęby i kasztany. Nad przepływającą opodal Tywą, w budynku dawnego młyna wodnego pracuje mala elektrownia.
I tym sposobem dotarłem do dawnego miasta Banie, gdzie odkryto ślady życia ludzkiego pochodzące z epoki kamienia łupanego.
Banie utraciły prawa miejskie dopiero w 1945 roku( prawie 700 lat po ich uzyskaniu w 1234 r.) Zachował się pierwotny układ ulic z trójkątnym(!) rynkiem, pośrodku którego rośnie pomnik przyrody: dąb „Jagiełło” o blisko czterometrowym obwodzie pnia.
Na skromnym skwerku stoi pomnik żołnierzy poległych w 1945 r.
Jedyną pozostałością średniowiecznych fortyfikacji jest Baszta Prochowa z XIV wieku, obecnie jakby zapomniana. Aby do niej trafić należy od rynku pójść za granitowy kościół, by po przejściu przez ulicę i minięciu budynku plebanii ujrzeć basztę „ rosnącą” nad rzeką wśród owocowych drzew.
Przyjechałem tu dla gotyckiej kaplicy św. Jerzego wybudowanej w 1417 r., stojącej nad jeziorem Dłużec, na rozwidleniu dróg na Gryfino i Chojnę, odbudowanej piętnaście lat temu. Odtworzono wszelkie detale, w tym haki służące do mocowania na ścianie zewnętrznej krzyża wykorzystywanego przez cały wiek XV do odgrywania misteriów Męki Pańskiej. Kto wie, czy ta tradycja nie dotrwałaby do naszych czasów, gdyby nie… miłość, a właściwie jej siostra- zazdrość.
Otóż w 1498 roku fatalnie i „ bez pomyślunku” dobrano obsadę. ( Skąd my to znamy?) Okazało się bowiem, że między aktorem odgrywającym postać Jezusa, a osobnikiem będącym Longinusem miał miejsce konflikt interesów w postaci pięknej panny będącej w sztuce pasyjnej Matką Boską. Efekt mógł być tylko jeden: „ rzymski legionista” wykorzystał unieruchomienie konkurenta na krzyżu i dosłownie- jak w oryginale- przebił mu bok włócznią ze skutkiem śmiertelnym i to podwójnym, gdyż martwe ciało „ Jezusa” zwaliło się na „ Marię” zabijając ją na miejscu. Zazdrośnikowi nie uszło to jednak na sucho, gdyż jego głowę rozpłatał kolega Chrystusa- tu pod postacią apostoła Jana. Przez pewien czas krzyżowały się miecze, włócznie i co tam jeszcze było od ręką, przez co doliczono się później kilku trupów i kilkunastu mniej, bądź bardziej rannych. Świętego Jana skazano na śmierć, podobnie jak kilku innych aktorów i widzów. Istnieje również i taka wersja, że „ Św. Jan” został zlinczowany na ulicach miasta przez ścigający go tłum, który nie zorientował się, iż „ Jezusa” i jego „ matkę” zabił „ Longinus”.
Sąd kościelny zakazał po wsze czasy odbywania w Baniach misteriów pasyjnych i słusznie, bo były w sumie do bani. Przez wiele stuleci po okolicach krążyło takie powiedzenie określające nieudaną sprawę: „ Skończyło się jak misterium w Baniach”.
Po tym horrorze rodem z XV wieku pojechałem przez Piaseczno i Górnowo do Swobnicy. Tu czekały na mnie ruiny zamku położonego nad Jeziorem Grodzińskim( Grodzkim). Polecam to miejsce reżyserom poszukującym naturalnej scenerii dla filmów ociekających krwią spływającą w hurtowych ilościach po powierzchniach ponadnormatywnie wyrośniętych kłów szczęk górnych, a będących głównym atrybutem postaci pojawiających się dokładnie o północy. Przez trzy wieki, do 1648 r. Swobnica była komandorią joanitów, którzy w drugiej połowie XIV w. wznieśli tu potężną warownię usytuowaną na planie kwadratu o boku 50 m. Później przeprowadzono szereg prac modernizacyjnych, ale nie dotyczyły one najstarszej części budowli, czyli narożnikowej baszty- u dołu graniastej, wyżej cylindrycznej. Pomimo zakazu zwiedziłem zamkowe sale czyniąc to o tyle śmiało, że do północy było daleko.
Natomiast przyznam się, iż zawróciłem z połowy wiszących praktycznie w powietrzu schodów prowadzących na szczyt wieży. Wprawdzie ważę nieco mniej niż średniowieczny rycerz zakuty w zbroję, ale narobiłbym z pewnością sporo łomotu spadając wraz ze „stopniami do nieba” bez gwarancji, że właśnie tam był trafił.( A nawet ze 100 % pewnością, że nie).
Wokół rozciąga się na powierzchni 2, 5 ha równie zaniedbany park krajobrazowy, a szkoda, gdyż patrząc nań z resztek okien wyobraziłem sobie, jak pięknie musiał wyglądać w XVIII wieku, kiedy margrabiowie brandenburscy mieli tu swoją barokową rezydencję.
Cały teren kupił w 1992 r. pewien cwaniaczek z tzw. „ Zachodu” obiecując otwarcie w odbudowanym zamku hotelu z polem golfowym i innymi frykasami. Oczywiście nic z tego nie wyszło, a unikatowy obiekt niszczeje…
Ze Swobnicą związana jest następna miejscowość o wdzięcznej nazwie Rurka.
Łącznikiem jest zakon joanitów.
Zaczęło się wszystko w roku 1235, w którym biskup lubuski Henryk nadał templariuszom dziesięciny z 200 łanów z Ziemi Cedyńskiej, a książę szczeciński Barnim I oddał im Ziemię Bańską. Dziesięć lat później funkcjonował w Rurce zamek- folwark, lecz po wymordowaniu templariuszy przez spółkę o nazwie „ Papież Klemens & król Filip IV Piękny. Co. Ltd” pojawili się na ich miejsce joannici. Ich rządy na tyle rozsierdziły mieszkańców Chojny, że zamek został zdobyty i spalony, a braciszkowie( podkasawszy habity) umknęli do Swobnicy. Z tamtych czasów zachowała się jedynie dawna kaplica zamkowa zbudowana przed 1248 rokiem z granitowych ciosów, używana od XVI w. jako magazyn, by w XIX w ulec przekształceniu w… gorzelnię.
Aby do niej dotrzeć należy pokonać parę kilometrów polną drogą.
Z Rurki miałem tylko „ żabi skok” do niesamowitej Chojny, którą opiszę w następnej relacji, a z której wyjechałem ul. Szczecińską na zachód. Na wysokości tablicy wieszczącej koniec miejscowości, po prawej stronie drogi krajowej nr 26( przed stacją paliw) znajduje się mocno zarośnięty pagórek. Nie jest to twór naturalny, jeno kopiec z okresu wojny trzydziestoletniej, usypany przez mieszkańców miasta jako dowód wdzięczności dla szwedzkiego króla Gustawa Adolfa. Obecnie tzw. „ szary obywatel” nie wie zbyt wiele o tym katakliźmie, który doprowadził wiele rejonów Europy do niewyobrażalnych zniszczeń i olbrzymich ofiar. Dotyczyło to również terenów Pomorza Zachodniego: wskutek działań wojennych i rabunków upadło rolnictwo, handel i rzemiosło, panował głód, oraz epidemie wyludniające całe wsie i miasteczka. Stąd wdzięczność mieszkańców Chojny, dla których wejście wojsk szwedzkich przyniosło tak długo oczekiwany koniec wojny. Po Pokoju Westfalskim( 1648 r.) podzielono samodzielne dotąd Księstwo Pomorskie między Szwecję i Brandenburgię. Dwa lata później Szwedzi otrzymali jeszcze tereny od Gryfina przez Banie i Swobnicę aż po Rurkę i rządzili na nich do XVIII w.
Pięć kilometrów za Chojną( za mostkiem na rzece Kalicy) skręciłem w lewo, w lokalną drogę do Krzymowa. Dojechałem do wsi Kuropatniki i tuż przed nią ujrzałem srodze ogrodzony pałacyk myśliwski.
Miast forsować płoty i bramy wyruszyłem czarnym szlakiem na Wzgórza Krzymowskie w poszukiwaniu dwóch głazów zwanych „ Bliźniakami”: tzw. Szeroki Kamień ma obwód 25 m i wysokość 4, 4 m, Mały Kamień zaś obwód 10 m i wysokość 1, 2 m. Zapomniałem o nich zauroczony leśnym rezerwatem przyrody „ Krzymowska” z przepięknymi, pomnikowymi sosnami i dębami o rzadkiej korze, tzw. pręgowanej( krezowatej) z charakterystycznym, poprzecznym spękaniem. Wspomniane wzgórza są najlepiej zachowanym fragmentem tzw. cedyńskiej moreny czołowej z najwyższym wzniesieniem w postaci Zwierzyńca o wysokości 167 m. Nie chodzi jednak o ich wysokość( „ moja” Wieżyca jest dużo wyższa), ale o lasy je porastające. Jest to bowiem północna część Puszczy Piaskowej ciągnącej się od Chojny aż po Odrę na zachodzie.
Na skrzyżowaniu za Kuropatnikami skręciłem na północ, by- zbierając co i rusz szczękę dolną opadającą permanentnie z powodu nieziemskiej krasy widoków- dotrzeć do wsi Zatoń Dolna. Jechałem wśród lasów i pól ciągnących się na wysokich wzgórzach, a prędkość mego pojazdu malała w stopniu wprost proporcjonalnym do tego, co rozciągało się wokół. Co chwila stawałem, aby pstryknąć fotkę, albo po prostu „ bezinteresownie” zagapić się wybałuszonymi gałkami ocznymi na otaczające mnie piękno. Nie było samochodów, motocykli, qadów i ludzi. Jechałem i jechałem, stawałem i stawałem; podejrzewam, że gdyby w tamtym czasie zobaczył moją twarz jakikolwiek psychiatra ciupasem wysłałby mnie do odpowiedniej kliniki: była to facjata człeka „ bezdurno” szczęśliwego. Mieszkańcy Zatoni Dolnej powinni sprzedawać działki budowlane licząc sobie w diamentach, ew. złocie za jeden centymetr kwadratowy gruntu: wioska położona jest u stóp wysokich wzgórz z jednej strony i Odrą z drugiej. Najpierw wjechałem na szczyt górujący nad wioską, skąd rozciąga się nieprawdopodobny widok na okolicę.
Wąska droga ciągnie się wzdłuż brzegu rzeki i prowadzi do parkingu położonego u wejścia do Doliny Miłości. Tym romantycznym mianem określa się od 1850 roku park krajobrazowy założony przez Annę von Humbert, żonę Carla Philippa von Humbert- starosty i właściciela majątku ziemskiego w Krajniku Górnym. Był to prezent- niespodzianka od żony stęsknionej długo nieobecnego męża. Po jego powrocie odbyła się uczta, na którą sproszono wielu miejscowych notabli. Następnie całe towarzystwo udało się na spacer po okolicy i w pewnym miejscu goście ujrzeli zawieszony na drzewach transparent z napisem „ Witamy w dolinie, którą miłość stworzyła”( prawdopodobnie znajdował się w zbiorach dworu do 1923 r.) Obecny na tej uroczystości sędzia Maenell opisując całe wydarzenie w jednej z gazet z pobliskiego Schwedt użył określenia „ Dolina Miłości” i tak już zostało, chociaż twórczyni parku upierała się przy nazwie „ Zatońskie Wzgórza”. Przez pewien czas usiłowano tłumaczyć nazwę parku stworzoną „ na pniu” legendą o księżniczce, jej srogim ojcu i młodym leśniku zamieszkujących te okolice, ale ta wersja się nie przyjęła.
Tworzenie parku było procesem kontynuowanym po śmierci założycielki przez jej męża, następnie syna Henry’ego i wnuka Rene. Pierwszym etapem było wykonanie dojść do punktów widokowych skąd można było podziwiać urodę doliny Odry i wykopanie stawów zwanymi „ Stawami ze złotymi rybkami”( i od razu wiadomo co w nich pływało). Powiększenie terenu parku nastąpiło w 1850 r. na drodze kupna ziem od rybaków z Zatonia z wyjątkiem gospodarstwa zwanego Dolnym Folwarkiem. Jego właściciel wydzierżawił teren, na której wybudowano w 1852 r. tzw. Domek Szwajcarski, co było nawiązaniem do tradycji rodziny von Humbert wywodzącej się ze szwajcarskiego Metz. Budynek przypominał jako żywo góralskie chaty z alpejskiej krainy poprzez drewnianą konstrukcję i koronkowe dekoracje balustrady balkonu, okapu oraz małej latarni na szczycie dachu. W tylnej części znajdowało się mieszkanie ogrodnika. W takim samym stylu zbudowano leśniczówkę, w której przez 50 lat( 1872- 1933) mieszkał leśniczy Karl Thomas mający wielki udział w planowaniu i budowie parku.
Wnuk założycielki parku Rene von Humbert( 1873-1945) przeprowadził szereg prac zwiększających atrakcyjność założenia. M. in. w 1897r. kupił od restauratora ze Schwedt posągi Apolla i Wenus pochodzące z tamtejszego zamku, będące dziełami Carla Philipa Glume, nadwornego rzeźbiarza króla pruskiego. Barokowe rzeźby z piaskowca początkowo stanowiły fragment panteonu zdobiącego portyk pałacu „ Szalonego Margrabiego”, by następnie zdobić ogródek właściciela winiarni. Niestety były tam celem licznych, często rubasznych i mało przyjemnych dla ich właściciela żartów ze strony klientów( głównie kadetów lokalnej oficerskiej szkoły kawalerii). Nie wiadomo za jaką kwotę herr Köppen pozbył się tej kamiennej parki, jednak dopiero od tej chwili mógł spać spokojnie, a Ewa z Adamem( tak zostały nazwane) znalazły schronienie w Dolinie Miłości. Umieszczono je na sztucznych wysepkach zdobiących dwa sąsiadujące ze sobą stawy zaopatrywane w wodę spływającą podziemnymi rurami z położonej wyżej zapory na małym strumieniu. Staw Ewy znajdował się powyżej stawu Adama, więc- niczym w tzw. życiu- mężczyzna korzystał z dobroci kobiety. W dodatku- jak każdy samiec- wymagał więcej pracy: „ jego” zbiornik wodny był tworem sztucznym, w dodatku uszczelnionym masą bitumiczną, co było jak na ówczesne czasy sporą nowinką techniczną. Przez nasadzenia setek krzewów róż oraz ukryte w żywopłotach miejsca wypoczynku z ławeczkami i pergolami był to najładniejszy fragment Doliny Miłości. Niedaleko( u podnóża Wzgórza Parasola) wybudowano bażanciarnię, gdzie właściciele hodowali te ptaki dla swych myśliwskich upodobań.
Kilka lat wcześniej powstała restauracja „ Leśny Kocur”, co dodatkowo zwiększyło atrakcyjność parku. Część odwiedzających go turystów( nie tylko ze Schwedt, ale i z Berlina oraz Szczecina) korzystała z dodatkowej atrakcji, jaką był transport rzeczny na małych statkach, szczególnie po roku 1900, kiedy przeprowadzono regulację Odry. W okresie swej największej świetności park zachwycał swym malowniczym położeniem, ukształtowaniem terenu, czy w końcu samą kompozycją- atrakcyjną choćby poprzez ozdobną roślinność. Okres międzywojenny zmienił jego charakter: zwiększyła się liczba wycieczek szkolnych, zjeżdżali doń miłośnicy sportów zimowych korzystający m. in. z toru saneczkowego- jednym słowem był to „ park ludowy”. ( Adolf był przecież socjalistą!)
Wiosna 1945 r. był tragiczna zarówno dla parku jak i dla jego ostatniego opiekuna: czerwonoarmiści zamordowali Rene von Humberta, który nie chciał opuścić swej „ Doliny Miłości”, a wiele spośród siedmiu tysięcy drzew spłonęło w wojskowych kuchniach i „ kozach”, podobnie jak altanki, czy resztki bażantarni. Jak to mówią: „ Kto wiatr sieje burzę zbiera”.
Polska Ludowa nie interesowała się tym terenem: aleje zarosły krzakami i drzewami, stawy wyschły, budynki zmieniły się w ruiny, rzeźby zniknęły, albo zostały zniszczone.
Dopiero przybycie w te okolice pewnego Szczecinianina zmieniło taki stan rzeczy: p. Ryszard Matecki postanowił odtworzyć dawne piękno Doliny Miłości i zdołał zarazić swym pomysłem szereg organizacji oraz stowarzyszeń, dzięki czemu kilka lat temu ruszyły pierwsze prace. Byłem tam w 2011 roku i mogę powiedzieć, że ich tempo i zakres są zaiste imponujące. Szkoda tylko, że poza tablicą stojącą przy parkingu nie ma dalszych na trasie zwiedzania, a sam szlak nie jest oznaczony. Ponadto w okolicznych miejscowościach nie mogłem kupić żadnego przewodnika w języku polskim, tylko w niemieckim. Jest to o tyle dziwne, że- wbrew chęciom wielu Niemców i pseudo- Polaków- tereny Pomorza Zachodniego należą jeszcze do Polski.
Mam nadzieję, że może w tym roku będzie lepiej. Na wszelki wypadek zamieszczam odpowiednią mapkę:
Niesamowite wrażenie wywarła na mnie aleja dziwnych, nierealnych drzew pochodzących z powieści Tolkiena:
Wróciłem na południe, do Puszczy Piaskowej. Niezapomnianym przeżyciem był pobyt w rezerwacie przyrody „ Bielinek” o charakterze leśno- stepowym. Tak, tak- dobrze przeczytaliście- stepowym. Tajemnica tkwi w ukształtowaniu terenu: strome i wysokie na 70 m zbocza przełomowej doliny Odry przecięte są dwunastoma głębokimi wąwozami porośniętymi starymi lasami liściastymi. Na ich nasłonecznionych zboczach temperatura potrafi osiągnąć nawet 45°C, przez co występują tu jedne z najbogatszych w Europie skupiska roślin ciepłolubnych. Największym rarytasem jest dąb omszony rosnący tu na swym najdalej wysuniętym na północny- wschód stanowisku w Europie( i jedynym w naszym kraju!) Drzewo to jest „ kuzynem” dębu burgundzkiego typowego dla lasów południowej części naszego kontynentu, których granicą są podnóża Alp. Naukowcy spierają się, w jaki sposób w okolice Bielinka trafiły pierwsze sadzonki dębu, tym bardziej, że najstarsze okazy mają ok. 300 lat.( W tamtych czasach, czyli pod koniec XVII wieku raczej nie było firm o nazwach typu „ Nasiona i sadzonki. Export- import SA” .) Innymi „ dziwami” są np. wiśnia karłowata, nawrot czerwono- błękitny, zaraza wielka(!), pajęcznica liliowata, czy storczyk purpurowy. Towarzyszą im oczywiście liczne owady ciepłolubne a do ssaków tej grupy można zaliczyć jedynie i to okresowo turystów, w tym moją skromną osobę. Jeśli wyjedziecie z Bielinka w kierunku Lubiechowa Dolnego, to po prawej stronie ujrzycie kilka leśnych parkingów. Na pierwszym z nich warto się zatrzymać dla punktu widokowego i Wąwozu Storczykowego, na drugim dla Wąwozu Poklonowego, a na trzecim nie zatrzymałem się, tylko skręciłem w dół, w drogę prowadzącą przez Wąwóz Markociński do osady Markocin. U jego wylotu rozpoczynają się tzw. Żuławy Cedyńskie. Jeździłem w górę i w dół, chodziłem po stromych zboczach, stałem zauroczony widokami zapierającymi przysłowiowy dech w przysłowiowej piersi i miałem szczęście, że w spisie mych chorób nie figuruje dychawica oskrzelowa tudzież inna astma…
W pobliżu Lubiechowa Dolnego założono dwa rezerwaty leśne: „ Olszyna Źródliskowa” ze stanowiskiem skrzypu olbrzymiego osiągającego wysokość 2 m oraz „ Dolina Świergotki” obejmującego m. in. wąwóz strumyka o tej samej nazwie.
W Lubiechowie Górnym stoi kolejny kościół z tajemniczą szachownicą umieszczoną w monumentalnym, ostrołukowym portalu zamkniętej na cztery spusty zachodniej wieży. Tęsknie spoglądałem na balkon umieszczony na jej szczycie: jakiż widok musi się z niego rozpościerać!!
Niedaleko kościoła funkcjonuje plac zabaw. Kiedyś stał tu pomnik poświęcony pamięci 15 mieszkańców wsi poległych pod Verdun w 1916 r. Zachował się tylko placyk, aleja drzew i kilka kamiennych krzyży charakterystycznych dla tego typu monumentów, obecnie opartych o drzewo rosnące pod kościelnym murem.. Podejrzewam, że duży kamień leżący w tym miejscu kryje swoje tajemnice i gdyby go odwrócić…
Wyjeżdżając ze wsi poczułem na sobie groźne spojrzenie byka. Ujrzałem jednak na jego pysku uśmieszek, więc domyśliłem się, że jest to płaskorzeźba przedstawiająca mojego ulubieńca z czasów dzieciństwa- słynnego Byczka Fernando.
Następnym miejscem było najdalej na zachód wysunięte miasto Polski( leżące tylko 60 kilometrów od Berlina) i jedno z najstarszych naszych miast( wspomniane w kronikach już tysiąc lat temu), czyli Cedynia. Nie spodziewałem się, że jest to aż tak „ górska” miejscowość: nie chciałbym przemieszczać się tu na bicyklu, chociaż właśnie stąd ciągnie się rowerowy Szlak Templariuszy przebiegający przez Lubiechów Górny, Chojnę, Rurkę i Kamienny Jaz aż do Godkowa. Jeśli mogę coś radzić turystom-cyklistom, to proponowałbym wspomnianą trasę rozpoczynać, a nie- kończyć w Cedyni, gdyż w „ przeciwną stronę” może nie starczyć sił na zwycięski i nadzwyczaj efektowny finisz.
Samochody mieszkańców muszą mieć przede wszystkim dobre hamulce. Zwłaszcza ręczne. Zwłaszcza przy chęci postawienia pojazdu w okolicach rynku, czyli Placu Wolności. Niektóre chodniki mają formę schodów…
W jednej z kamieniczek przy tym placu znajduje się Muzeum Regionalne. Chciałem je zwiedzić głównie ze względu na eksponaty odnalezione na pobojowisku po zażartych walkach o tzw. Przyczółek Cedyński broniony zaciekle w marcu 1945 r. przez elitarne oddziały niemieckich spadochroniarzy. Udało im się przerwać wały i zalać olbrzymie tereny na północ i południe od miasta, przez co wydatnie utrudnili ataki Armii Czerwonej wspomaganej przez polską 1 Samodzielną Brygadę Moździerzy. Niemcy okopali się na wzgórzu leżącym na południe od Cedyni w zakolu Odry i dopiero nocą 27 marca uciekli na zachodni brzeg rzeki. Na ich wyposażenie składały się nietypowe rodzaje broni umieszczone później we wspomnianym muzeum. Były to m. in. karabinki Stg- 44 bardzo podobne do słynnych Kałachów, pancerzownica „ Panzerschreck”, czy moździerz piechoty kal. 81 mm. Jeden ze wspomnianych karabinów wyposażony był w zakrzywioną nasadkę na lufę umożliwiającą strzelanie zza węgła domu, czy z głębi okopu bez konieczności wychylania głowy. Niestety nie zachował się peryskop, ale i tak był to sensacyjny egzemplarz. Był, gdyż w ramach obecnej „ polityki” zlikwidowano w muzeum ekspozycję poświęconą walkom z Niemcami w 1945 r. Pozostały tylko zbiory archeologiczne odkryte w czasie prac na terenie cedyńskiego grodziska i eksponaty z okresu wczesnopiastowskiego wraz z planszami poświęconym bitwie z 972 r. Nikt nie potrafił mi powiedzieć, gdzie się podziały militaria z 1945 r. …
Lekko wkurzony pojechałem do południowej części miasteczka, gdzie pod koniec XIX w. wybudowano z inicjatywy ówczesnego burmistrza Cedyni Ernesta Melchera cylindryczną wieżę o wysokości 14 m( był to taki czas w Europie, kiedy masowo powstawały wieże widokowe). W Cedyni uczczono w ten sposób pamięć mieszkańców miasta i okolic poległych w wojnach Prus z Danią, Austrią i Francją- ich nazwiska widniały do 1945 r. na trzech płytach granitowych i jednej żeliwnej. Z galerii wieńczącej jej szczyt rozciąga się wspaniały widok na okolicę.
Kilka kilometrów za Cedynią wznosi się Góra Czcibora leżąca w paśmie Karpat Cedyńskich. Po pokonaniu 230 stopni prowadzących na jej szczyt stanąłem zziajany u stóp pomnika odsłoniętego dokładnie tysiąc lat po stoczonej w pobliżu bitwie między wojskami polskimi dowodzonymi przez Mieszka I i jego brata Czcibora a oddziałami feudałów niemieckich. Polscy wojowie zwyciężyli i od 24 czerwca 1972 roku stylizowany orzeł wzbijający się do lotu dumnie rozpościera swe skrzydła. O ile kiedyś Polska dbała o swoją historię, to od kilkunastu lat celowo się o niej zapomina. Szczególnie o chwilach, gdy zwyciężaliśmy Niemców. Z tego powodu pomnik Polskiego Zwycięstwa nad Odrą jest obecnie zapomniany, powoli zarasta go trawa i chwasty. Nie wiem, dlaczego osobnicy urzędujący w Warszawie określają się „ polskim rządem”. Chyba jednak nie polskim.
Interesująca jest mozaika na murze oporowym u podnóża góry przedstawiająca walkę obu wojsk: jako stary motocyklista odnalazłem w niej elementy „ choperrowskie” w postaci lansiarskich okularów typowych dla gości występujących w programie „ American Chopper”.
Niedaleko rozciągają się wrzosowiska z rzadko spotykaną w środkowej Europie roślinnością kserotermiczną występującą na 78 hektarów bezleśnych wzgórz morenowych w krajobrazowym rezerwacie przyrody „ Wrzosowiska Cedyńskie”. Aby w pełni docenić ich piękno będę musiał tu przyjechać w porze kwitnięcia wrzosów…
Stojąc na parkingu u podnóża góry czułem się nie jak na bocznej trasie, tylko jak na ruchliwej autostradzie z powodu pędzących tabunów samochodów z niemieckimi tablicami rejestracyjnymi. Wyjaśnienie przyszło kilka kilometrów dalej, w miejscowości Osinów Dolny w postaci tamtejszego przejścia granicznego. Tuż po jego otwarciu ta popegeerowska wioska stała się… stolicą polskiego fryzjerstwa. Kto żyw otwierał odpowiedni zakład usługowy nastawiony na klientelę z zachodu. W czasach największej prosperity na 190 stałych mieszkańców funkcjonowało tu 30 zakładów fryzjerskich zatrudniających 120 osób pracujących siedem dni w tygodniu od 6 rano. Budynki dawnej fabryki celulozy stały się wielkimi halami targowymi i magazynami, w których dusigrosze z Niemiec prawie hurtowo kupują takie cuda jak „ Garden Zwergi” i inne dzieła wybitnej sztuki ogrodowej, tudzież wyroby powstające w odległych Chinach.
Nie połakomiłem się na wszelkie „ promocje” tylko pstryknąłem fotkę najdalej wysuniętemu na zachód skrawkowi Polski znajdującemu się przy moście granicznym, o współrzędnych 52°50’34, 7”N i 14°07’34, 4”E. Niesamowite uczucie, gdy stoi się w miejscu, skąd dalej jest w Bieszczady niż do Paryżewa…
W Starym Kostrzynku odsapnąłem pod ogromnym cisem „ Czcibór” rosnącym na skraju wsi( przed domem nr 51): tu ponoć zmarł raniony w bitwie brat Mieszka. Moje zmęczenie nie było aż tak śmiertelne w skutkach, dzięki czemu mogłem pojechać dalej, do miejscowości Siekierki. W zachodniej części wsi, w domu nr 8 znajdował się sztab 1 Samodzielnego Batalionu Saperów forsującego w kwietniu 1945 roku Odrę. Na budynku niszczeje tablica poświęcona pamięci poległych 18 polskich żołnierzy. Niedaleko popada w ruinę kolejny pomnik ustawiony w miejscu, gdzie 14 i 15 IV 1945 r. wykrwawiły się pododdziały 2 pułku 1 Dywizji Pancernej w trakcie „ rozpoznania walką” i forsowania Odry w celu zdobycia przyczółka na zachodnim brzegu.
Tuż przed wsią Stare Łysogórki znajduje się cmentarz wojenny, na którym w blisko dwóch tysiącach mogił( w tym trzystu bezimiennych) spoczywają polscy żołnierze polegli w czasie forsowania Odry i w tzw. Operacji Berlińskiej. Górujący nad nim pomnik widać już z daleka. Odsłonięty w 1961 r., wysoki na 18 m obelisk zdobią metalowe krzyże grunwaldzkie; obok umieszczono postać matki z dzieckiem na ręku, będącej symbolem nowego życia i przywrócenia ziem nadodrzańskich Macierzy. Całość „ osłania” murowany żagiel będący symbolem przeprawy przez Odrę.
Stojący na skrzyżowaniu czołg ciężki IS-2( skrót od Iosif Stalin) należał do polskiego 4. Samodzielnego Pułku Czołgów i od lipca 1944 r. do maja 1945 r. pokonał szlak bojowy o długości blisko 1300 km od Żytomierza, przez Lublin, Warszawę, Mirosławiec, Kołobrzeg, Gozdowice po Łabę. Obok niego, w małym domku znajduje się Muzeum Pamięci Narodowej im. 1 Armii Wojska Polskiego, w którym eksponuje się pamiątki z 1945 r.
Na jednym ze zdjęć ujrzałem reprodukcję wiszącą również u mnie w domu. Najbardziej zastanawiające są postacie dwóch żołnierzy tak namiętnie całujących się na środku obrazu, że jeden w uniesieniu aż podniósł nóżkę. A mówi się, że takie… hmmm… gorące… hmmm… uczucia występują tylko w US Army…
|
|
|
We wsi Stare Łysogórki najlepiej widać obecne działania „ polskiej administracji państwowej” w postaci zapomnianego pomnika poświęconego saperom 1 Armii WP, którzy oddali swe życie w trakcie organizowania przeprawy przez Odrę oraz lśniącego nowością głazu- pomnika upamiętniającego dawnych mieszkańców tych ziem. Wiadomej narodowości.
Przed Gozdowicami stoi kamienna tablica przedstawiająca szlak bojowy 1 Armii Wojska Polskiego. Obok niej należy skręcić w las, by po kilkudziesięciu metrach stanąć na skraju doliny. Popada tu w ruinę zrekonstruowany niegdyś kamienno- drewniany bunkier, będący w 1945 r. punktem obserwacyjnym 2 Pułku Artylerii. Widok stąd się rozciągający jest po prostu przepiękny.
We wsi, na skrzyżowaniu dróg stoi budynek będący Muzeum Wojsk Inżynieryjnych 1 Armii Wojska Polskiego, w którym mieściła się siedziba dowódcy 6 batalionu Pontonowo- Mostowego. Eksponuje się w nim głównie pamiątki po forsowaniu Odry, makiety konstrukcji używanych w tym celu oraz oryginalne mapy frontowe. Pod ustawionymi na zewnątrz wiatami stoją kutry, łodzie i pontony używane w 1945 r. Do najciekawszych eksponatów należała amfibia, jednak pod koniec minionego wieku oddano ją do renowacji, poczem zaginęła bez wieści. Kolejna ciekawostka…
Na pobliskim wzgórzu wzniesiono pomnik: 16 kwietnia 1945 poległo tu wielu saperów budujących most pontonowy o długości 275 m i nośności 16 t. Idąc dalej asfaltową alejką dochodzi się do Odry, gdzie funkcjonował „ krwawy most” umożliwiający forsowanie rzeki- stoi tam pomnik poświęcony wojskom inżynieryjnym.
W 2007 roku uruchomiono w Gozdowicach jedyne w Polsce przejście graniczne w postaci promu rzecznego. Nie należy może do najbardziej ruchliwych, ale przyznam się, że w taki sposób jeszcze nigdy nie pokonywałem żadnej granicyJ Można poczuć się prawie jak na Missisipi, gdyż stateczek jest tzw. bocznokołowcem jakby żywcem przeniesionym z kart powieści Marka Twain’a. W sezonie( od kwietnia do października) przeprawia codziennie na drugi brzeg ok. 1, 5 tysiąca pasażerów zabierając jednorazowo na pokład 6 samochodów osobowych i 20 pieszych. Bez jego pomocy należałoby pokonać 50 km, by dostać się na przeciwległy brzeg.
Nie jest to jednak nic nowego w tym miejscu: już na początku XVIII w. budowano promy mające ułatwić rolnikom dotarcie do pól i pastwisk po drugiej stronie rzeki. Armia Napoleona idąca w 1812 r. na Rosję między innymi tutaj przeprawiała się przez Odrę i przez wiele lat używano nazwy „ Droga Armii”. W 1815 r. uruchomiono pierwsze stałe połączenie promowe łączące Gozdowice z osadą Güstebieser Loose, co spowodowało znaczny rozwój obu miejscowości: powstały młyny i spichlerze oraz port przeładunkowy dla zboża, bydła i paszy dla zwierząt. Gozdowice stały się ulubioną miejscowością wypoczynkową Berlińczyków: wybudowano dla nich aż sześć hoteli z restauracjami, powstało wiele małych pensjonatów, przystani i kręgielni. Organizowano rejsy spacerowe po Odrze.
Czelin zaistniał w historii Polski 27 lutego 1945 r.: tego dnia żołnierze 6 Samodzielnego Batalionu Pontonowo- Mostowego Wojska Polskiego wbili tu pierwszy biało- czerwony słup graniczny nad Odrą. Uczynili to wbrew prawu międzynarodowemu, gdyż zdradziecka konferencja poczdamska odbyła się dopiero kilka miesięcy później. Głównym „ sprawcą” był cieśla, kapral Wydrzyński. Jego dziełem był własnoręcznie wyciosany i pomalowany w biało- czerwone pasy słup, do którego później przybito tablicę z orłem i drogowskazami podającymi odległości do Warszawy i Berlina.
23 lata później wzniesiono w tym miejscu obelisk upamiętniający ten czyn w postaci wysokiej kolumny z łupanego kamienia zwieńczonej stylizowaną głową orła.
Znad Odry oddaliłem się nieco w kierunku wschodnim do Mieszkowic.
Miasto przeżyło w swojej historii chwile wzlotów i upadków, z czego te najstraszniejsze związane były oczywiście z wojnami. Wojna trzydziestoletnia( 1618- 1648) doprowadziła do prawie całkowitego wyludnienia Mieszkowic( w 1628 r. liczyło ono tylko 40 mieszkańców), zaś koniec II wojny światowej i pobyt wojsk radzieckich w tym mieście doprowadziły spowodowały zniszczenie przeszło 30 % jego zabudowy. Od wiosny 1945 r. zaczęli przyjeżdżać pierwsi polscy osadnicy: początkowo byli to żołnierze, następnie przesiedleńcy z centralnej Polski, a od końca 1945 r. nasi rodacy wypędzeni z polskich terenów włączonych do ZSRR - głównie z województw lwowskiego, tarnopolskiego i z Wileńszczyzny.
Jako, że interesuję się pochodzeniem nazw miejscowości( tzw. toponimią) „zastosowałem” to również w stosunku do Mieszkowic i oto, co znalazłem:
Nazwy Berenvalde( pochodzącej od słowa „ niedźwiedź”) użyto pierwszy raz w dokumencie z 30 sierpnia 1295 r. Wizerunek tego zwierza występował na pieczęci i w herbie miasta, co miało nawiązywać do jego założyciela pochodzącego z pomorskiego rodu von Behr z miśkiem w herbie. Mówi się również o margrabim brandenburskim Albrechcie Niedźwiedziu( Albrecht der Bär) żyjącego w latach 1100- 1170. Nazwa Mieszkowice nawiązuje również do niedźwiedzia, gdyż słowo „ mieszek” właśnie go oznacza( wg pani Beaty Woźniak, autorki książki „ Mieszkowice” wyd. 2003 r.) Oto chronologiczne nazwy miasta: 1295 Berenvalde, 1298 Berwalde, 1317 Berenwolde, 1319 Bernwald, 1325 Bernwolde, 1338 Bernwalde, 1348 Bernwoldt, 1350 Berenwaldt, 1371 Berinwalde, 1625 Bernwalde, do 1945 Bärwalde, 1945- 1947 Barwice, od 1947 Mieszkowice.
Wspomniane wyżej zniszczenia będące skutkiem działań hołoty w sowieckich mundurach( miasto nie było bronione przez wojska niemieckie), ominęło cudem wiele zabytków. Zachował się średniowieczny układ urbanistyczny zwany typem równoległym, o siatce ulic przecinających się pod kątem prostym; obronną ręką wyszły z kataklizmu wyzwolenia mury miejskie z XIII/ XIV wieku zbudowane z głazów narzutowych, z ceglaną częścią górną z XV w. Ich obecna długość wynosi 1, 5 km, średnia wysokość 5- 7 m. Uratowało się 14 czatowni łupinowych i 12 prostokątnych, ( z 26 w XV w.), w tym baszta Prochowa zwana Więzienną z XV w., jednak ich obecny stan nie należy( mówiąc delikatnie) do najlepszych. Oczywiście największą budowlą jest wczesnogotycki kościół z ciosów granitowych. Do interesujących „ cywilnych” budowli należy kilka domów ryglowych z przełomu XVIII i XIX wieku oraz ratusz stojący na rynku. Przed nim ustawiono w 1957 r. na XVIII- wiecznym cokole pomnik Mieszka I, wg legendy założyciela pierwszej osady ( najprostsze, acz nieprawdziwe wyjaśnienie nazwy Mieszkowice).
Następnie pojechałem na południowy wschód drogą krajową nr 31 w kierunku przejścia granicznego w Kostrzyniu nad Odrą i po 17 km męki wjechałem do Chwarszczan.
Znajduje się tu jedna z nielicznych zachowanych niemal w całości kaplica templariuszy wybudowana w połowie XIII wieku. Jej kształt nawiązuje do militarnego charakteru zakonu przez dwie, wtopione jakby w naroża cylindryczne wieże z przypominającymi otwory strzelnicze szczelinami w murze. Po 1945 r. zamalowano bogate freski zdobiące wnętrze świątyni i dopiero kapitalna praca p. Jerzego Domasławskiego p.t. „ Gotyckie malarstwo ścienne w Polsce” z roku 1984 zwróciła na nie uwagę historyków sztuki. Dwanaście lat później rozpoczęto renowację malowideł, jednak prace przerwano na blisko 10 lat i wznowiono dopiero w roku 2004. Są to najwybitniejsze zdaniem fachowców dzieła artystyczne Nowej Marchii tamtego okresu, będące swoistym świadectwem średniowiecznych krucjat.
Obok oberży „ Templum”( ciekawa atmosfera i niezłe jadło) stały dwa kamienie graniczne(?)
Jadąc dalej, tuż przed wsią Sarbinowo skręciłem( z ulgą) w drogę wysadzaną drzewami i prowadzącą na malutki parking przy pomniku poświęconym stoczonej w tej okolicy najkrwawszej bitwie XVIII wieku. W trakcie wojny siedmioletniej, 25 sierpnia 1758 roku starły się tutaj armie carycy Elżbiety Romanowej i króla Prus Fryderyka II Wielkiego. Po stronie rosyjskiej walczyło pod dowództwem Anglika, generała Wilhelma Fermora 44 000 ludzi( 36 tys. piechoty, 6200 jazdy, ok. 1800 Kałmuków) oraz 240 dział. Fryderyk dowodził 35 000 żołnierzami( 25 tys. piechoty, 10 tys. jazdy) i dysponował 193 działami. Trzy dni wcześniej król pruski sporządził krótki testament:
„ bitwa z Rosjanami, jak mamy nadzieję, powinna być wygrana...należy jednak wziąć od razu pod uwagę moją śmierć... po mojej śmierci, bez kłopotów odprowadzić ciało do Sanssouci i w moim ogrodzie pogrzebać. To jest moje ostatnie życzenie i nadzieja... Friderich.
( Nota bene: jeśli bitwa będzie przegrana, to armia musi przegrupować się za Kostrzyn …).”
Bitwę rozpoczęło dwugodzinne przygotowanie artyleryjskie, po którym rozpoczęła się rzeź trwająca do godziny 20.30. Straty po obu stronach były ogromne:
wg. uczestnika walki, historyka wojskowego Johanna Tielcke Rosjanie stracili 21 529 ludzi, w tym 939 generałów i oficerów( 6943 zabitych, 10 669 ciężko i lekko rannych, 2882 jeńców, 87 dział, 27 sztandarów i kasę armijną zawierającą 858 000 rubli- do dzisiaj nieodnalezioną).
Armia pruska straciła ok. 11390 ludzi( 3680 zabitych, 6238 rannych, 1472 jeńców i zaginionych, 456 zdezerterowało z pola walki). Wśród oficerów pruskich, którzy trafili do niewoli rosyjskiej był m. in. Antoni Sułkowski.
Po obu stronach walczyli Polacy: np. w armii pruskiej 1200 huzarów księcia Pawła Józefa Małachowskiego- ochotników rekrutujących się z młodzieży szlacheckiej studiującej w pruskich szkołach wojskowych. Po stronie rosyjskiej stanął m. in. książę Lubomirski oraz przyszły hetman wielki koronny Franciszek Ksawery Branicki.
Przez następnych parę dni obie armie „ lizały rany”, poczem Rosjanie wycofali się do Wielkopolski, a Prusacy pomaszerowali do Saksonii, gdzie walczyli następnie z Austriakami.
Położona niedaleko wieś Sarbinowo została zrównana z ziemią w wyniku ostrzału artylerii rosyjskiej i dopiero po 10 latach, dekretem cesarza Fryderyka Wielkiego została odbudowana. Podobny los spotkał inne miejscowości w okolicy: Bogusławy, Chwarszczany, Cychry, Dargomyśl, Gudzisz, Krześnicę i Suchlicę.
W byłych koszarach pruskich w Poczdamie wystawiony jest obraz Wojciecha Kossaka „ Bitwa pod Sarbinowem” wykonany w 1899 r. na zamówienie Wilhelma II. Przedstawiony jest na nim ratujący Prusaków przed klęską kontratak kirasjerów późniejszego generała von Seydlitza. Jego kariera wojskowa rozpoczęła się na polach pod Sarbinowem dość nietypowo, a mianowicie od… odmówienia wykonania rozkazu wydanego przez samego cesarza. Będący wówczas jeszcze porucznikiem Friedrich Wilhelm von Seydlitz- Kurzbach był kilka razy ponaglany przez swego króla do zaatakowania nacierających Rosjan. W końcu usłyszał, że odpowiada głową za wynik bitwy. Odpowiedź, jaką przekazał władcy była następująca: „ Powiedz królowi, że po bitwie moja głowa będzie do jego usług, w bitwie jednak musi pozwolić mi ciągle jej dla niego używać”. I tak zrobił: pozwolił przeciwnikowi nacierać, a następnie zaatakował go od tyłu i w ten sposób przechylił szalę zwycięstwa na stronę Prus. Podobny manewr przeprowadził pod Chwarszczanami: zapędził wojska nieprzyjacielskie na mokradła i tam nastąpiła potworna rzeź Rosjan. Fryderyk II Wielki docenił niesubordynację swego oficera mówiąc do ambasadora brytyjskiego: „ Bez niego byłoby dziś z nami źle”. Dalsza kariera myślącego asertywnie porucznika przebiegała dalej bez przeszkód i w końcu został generalnym inspektorem kawalerii śląskiej oraz generałem kawalerii królewskiej. Jego potomkowie kontynuowali tradycje rodzinne, dzięki czemu Walther Kurt von Seydlitz- Kurzbach mógł walczyć w 1943 r. pod Stalingradem, gdzie jako generał artylerii dowodził LI Korpusem wchodzącym w skład 6 Armii. Po kapitulacji w lutym 1943 r. trafił w łapy NKWD, ale pomimo ciążących na nim zarzutach popełnienia zbrodni wojennych został zwolniony i odesłany do obozu jenieckiego. Kierując się wzorem swego przodka( w pewnym sensie) też pomyślał asertywnie i wszedł do ścisłego kierownictwa tzw. Komitetu Narodowego Wolne Niemcy będącego częścią antynazistowskiej organizacji „ Związek Oficerów Niemieckich”. Głównym jej celem było stworzenie 40- tysięcznego korpusu działającego na tyłach „ prawdziwych” wojsk niemieckich, jednak nawet Moskwa nie bardzo wierzyła w sens tej operacji, przez co osobę generała wykorzystywano jedynie do celów propagandowych. Adolf natychmiast wydał zaoczny wyrok śmierci na myślącego inaczej generała, a w stosunku do jego najbliższych zastosowano prawo odpowiedzialności zbiorowej całej rodziny, czyli uwięziono jej członków.
Po wojnie Seydlitz zatęsknił za swoją ojczyzną , nawet w karykaturalnej postaci NRD, gdzie chciał osiąść na stare lata. Sowieci nie tylko, że nie wyrazili na to zgody, ale w 1950 r. skazali go na 25 lat więzienia za „ odkurzone” zbrodnie przeciwko radzieckim jeńcom wojennym oraz ludności cywilnej. Po 5 latach łagru odesłali generała do RFN, a tamtejsze władze unieważniły wydany przez III Rzeszę wyrok śmierci za zdradę, dzięki czemu mógł pożyć aż do 28 kwietnia 1976 r. Dopiero 20 lat później, 23. 04. 1996 władze rosyjskie zdecydowały się wspaniałomyślnie, acz pośmiertnie ułaskawić swego towarzysza broni.
Do 1945 roku stał na polu bitwy pomnik gloryfikujący „ zwycięstwo” Prus. Obecnie w tym miejscu wybudowano wieżę widokową, z której i tak nie widać nic więcej, jak tylko wierzchołki okolicznych drzew. Pole bitwy do dzisiaj nosi ślady tej potwornej rzezi.
Kostrzyn nad Odrą, do którego dojechałem był najdalej na południowy- zachód położonym punktem niniejszej eskapady. Prawdę mówiąc nazwa miasta jest lekko nieprawdziwa: Kostrzyn ulokowany jest bowiem w widłach Odry i wpływającej doń Warty, więc chyba bardziej pasowałaby nazwa Kostrzyn nad Odrą i WartąJ
W pewnym momencie zafrapował mnie napis na jednym z licznych budynków oferujących towary gościom z Niemiec: „ Najtańsze papierosy w Polsce”. Po krótkim telefonie do mojej Żony okazało się, że niższe ceny obowiązują jednak w Sierakowicach.
Tuż obok lokum sprytnego „ biznesmena” znalazłem wejście na teren Starego Kostrzyna.
W drugiej połowie XVI w., gdy miasto zostało stolicą Nowej Marchii wzniesiono fortyfikacje( przetrwałe częściowo do dnia dzisiejszego) składające się z sześciu bastionów: Król, Królowa, Filip, Książę i Brandenburgia. Ich twórcami byli Włosi: Francesco Chiaramello di Gandino i Rocco Guerrini hrabia Linari. Uroczyste zakończenie budowy miało miejsce w 1590 r. i twierdza została uznana za najwspanialsze dzieło fortyfikacyjne na terenie ówczesnej Europy. W granicach fortu znalazło się miasto z zamkiem i farą mariacką oraz rezydencja margrabiego Jana z Kostrzyna, syna Joahima I Hohenzollerna, władcy Marchii Brandenburskiej. Przez dwa wieki Kostrzyn nie został zdobyty przez żadne obce wojsko, uczynił to dopiero Napoleon w 1806 r. Twierdzę stale modernizowano i pod koniec XIX wieku Kostrzyn został twierdzą fortową. Wokół miasta powstał pierścień czterech fortów: Fort Czarnów, Fort Gorgast, Fort Sarbinowo i Fort Żabice, które zachowały się w różnym stanie technicznym. Już w czasie I wojny światowej twierdza była właściwie tylko zabytkiem sztuki fortyfikacyjnej XVI wieku, w warunkach nowoczesnej wojny przestarzałym i nieprzydatnym.
Z Kostrzynem związanych jest wiele postaci, ale wspomnę tylko o jednej.
Hans Herman von Katte urodził się 28 lutego 1704 w Berlinie, w rodzinie jednego z pruskich generałów- Hansa Heinricha von Katte( 1681- 1741). Był przyjacielem Fryderyka II- syna króla Prus Fryderyka Wilhelma I i szczerze współczuł mu z powodu prostactwa oraz grubiaństwa ojca noszącego znamienny przydomek „ Sierżant”. Cesarz był człowiekiem głęboko wierzącym, lecz- niczym typowy pruski sierżant - brutalnym i wielbiącym jedynie armię. Gardził przy tym takimi niegodnymi „ prawdziwego mężczyzny” sprawami jak filozofia, czy sztuka będącymi pasjami następcy tronu. W umyśle wielokroć upokarzanego syna zakwitł w końcu plan ucieczki- wpierw do wuja elektora do Hannoweru, a następnie do Londynu. Pomagali mu w tym dwaj ludzie: paź Peter Karl Christoph von Keith oraz porucznik Hans Herman von Katte. Zbiedzy zostali schwytani i młody oficer usłyszał wyrok dożywotniego więzienia zamieniony przez bezlitosnego króla na karę śmierci przez ścięcie mieczem. Miało to mieć według „ Sierżanta” zbawienny wpływ na „ prawidłowy, męski” rozwój przyszłego męża stanu. Egzekucji wykonanej 6 listopada 1730 r. w kostrzyńskiej twierdzy musiał przyglądać się niedoszły zbieg, co zostawiło trwały ślad na jego psychice i co wspominał do końca życia jako największą traumę.
Na miejscu kaźni umieszczono pamiątkową tablicę, a miecz kata znajduje się w Muzeum Frey- Haus w Brandenburgu nad Hawelą. Zwłoki porucznika spoczywają w rodzinnej krypcie von Katte w Wust, gdzie znajduje się także muzeum poświęcone tej rodzinie.
W Kostrzynie, ( tak jak w większości miast) najważniejszym miejscem był Rynek. W drugiej połowie XVI w. mieszkali przy nim najznakomitsi obywatele grodu: np. w domu oznaczonym numerem 197 budowniczy twierdzy hrabia Roch Guerini Linari, a pod numerem 199 mistrz zakonu joanitów Christian Lange. Dwa wieki później do barokowych kamieniczek wprowadziły się znane i bogate „ nazwiska”: Jahn, Cramer, Holtzman, von der Martwiz, von Schoning, von Wreech, czy von Bicmarck. Wtedy też rynek i przylegające do niego uliczki zaczęły oświetlać pierwsze latarnie( 1734 r.) To wszystko zniknęło z powierzchni Ziemi o godzinie 9 rano 15 sierpnia roku 1758 wskutek rosyjskiego ostrzału artyleryjskiego. Był to jeden z epizodów( jakże tragiczny dla miasta) wojny siedmioletniej. Kilka dni później, 22 sierpnia do twierdzy przybył król pruski Fryderyk II idący ze swoją armią z Moraw w kierunku Sarbinowa.
Odbudowany Rynek zdobiły wysokie, trzykondygnacyjne kamienice łączące funkcje mieszkalne z usługowymi. Najważniejszym budynkiem był oczywiście Ratusz, w którym 24 października 1903 r. uroczyście witano ostatniego cesarza Niemiec Wilhelma II. Sto lat wcześniej inny cesarz- Fryderyk Wilhelm III wraz z małżonką Luizą gościł w dniach 20- 26 X 1806 r. w hotelu „ Pod Złotym Jeleniem”. Nobliwym budynkiem była apteka „ Pod Złotym Lwem” o XVI- wiecznym rodowodzie( 1548 r.)
Rynek spełniał przede wszystkim rolę centrum życia gospodarczego miasta. Nieprzerwanie od XVI wieku odbywały się w każdą środę i sobotę targi, na których okoliczni chłopi i rybacy sprzedawali swe produkty. Największe tłumy ściągały do miasta trzy razy do roku na słynne jarmarki odbywające się w przedostatnią niedzielę przed Środą Popielcową, w drugą niedzielę po Wielkanocy i 8 września. Początek XX wieku przyniósł niewielkie zmiany w zabudowie Rynku i jego funkcjonowaniu; wyjątkiem był Dom Towarowy Danzingera, będący jak na ówczesne czasy bardzo dużym „ centrum handlowym”. Natomiast rok 1902 przeszedł do historii miasta jako data rozpoczęcia regularnego kursowania tramwaju konnego pokonującego trasę między Rynkiem, a hotelem „ Półksiężyc” na Krótkim Przedmieściu.
Kostrzyn w okresie drugiej wojny światowej był miastem garnizonowym, w którym szkolono kadrę oficerską i żołnierzy armii niemieckiej. Ponadto w okolicach powstały co najmniej trzy obozy pracy przymusowej dla Polaków, Belgów, Francuzów, Jugosłowian, Holendrów i Rosjan. Jedną z dzielnic obecnego Kostrzyna jest dawna wieś Drzewice. W latach 1939- 1945 funkcjonował tu, ukryty w lesie obóz jeniecki Stalag III C. Miał on charakter obozu karnego, do którego kierowano głównie jeńców złapanych na próbie ucieczki z innych stalagów. Na terytorium Polski istniało ok. 2200 obozów i oddziałów roboczych jeńców wojennych( do wiadomości pewnego ciemnego na skórze i na umyśle Amerykanina: nie były to obozy polskie!) Niemcy wyznaczyli kilka kategorii takich miejsc: m.in. osobne obozy dla oficerów- Offizierslager( Oflag) oraz 55 obozów dla podoficerów i szeregowych- Stammmannschaftslager( Stalag). Wszystkie sprawy jenieckie i obozy podlegały bezpośrednio Naczelnemu Dowództwu Wehrmachtu. Niemcy podpisali zarówno Konwencję Haską, jak i- w 1929 r.- Konwencję Genewską mówiące o traktowaniu jeńców wojennych, jednak przestrzegali ich tylko w stosunku do obywateli tzw. Zachodniej Europy. W Stalagu w Drzewicach „ rycerski” Wehrmacht zrównał wszystkich więźniów w ich prawach, a właściwie ich pozbawił traktując byłych żołnierzy niczym niewolników. Wbrew międzynarodowym postanowieniom jeńców zmuszano do prac w zakładach zbrojeniowych, chemicznych, przy budowie dróg i kolei oraz pracy na roli. Wykonywano na nich zbrodnicze eksperymenty przy użyciu Cyklonu B. Więźniowie byli głodzeni, bici, dziesiątkowani przez liczne epidemie tyfusu, co przy braku pomocy medycznej było śmiertelne w skutkach: liczbę ofiar szacuje się na ok. 12 tysięcy, głównie jeńców radzieckich, włoskich i francuskich. Przez obóz przewinęło się ok. 70 tysięcy więźniów: pierwsi byli Czesi, następnie żołnierze Polskiego Września, Belgowie, Holendrzy, Anglicy, Jugosłowianie, Grecy, Włosi, Amerykanie i Rosjanie. Ci ostatni byli najgorzej traktowani, a ich mękę opisał Michał Szołochow w przerażającej w swej treści książce „ Los człowieka.” ( Wątpię, aby w obecnych czasach udało się Wam ją zdobyć…) We wrześniu 1944 roku trafiło tu kilkuset powstańców warszawskich ze słynnym „ Cichociemnym”, majorem Narcyzem Łopianowskim ps. „ Sarna”, odznaczonym osobiście przez gen. Tadeusza Komorowskiego orderem Virtuti Militari V klasy. Funkcjonowało również komando kobiece złożone z uczestniczek Powstania Warszawskiego i radzieckich żołnierek. Jedną z nich była porucznik lotnictwa Anna Aleksandrowna Timofiejewa Jegorowa. Była dowódcą eskadry i pierwszą kobietą walczącą na słynnych samolotach szturmowych IŁ- 2, na których wykonała 250 lotów bojowych. Zestrzelona na przyczółku Magnuszewskim, ciężko ranna dostała się do niewoli. Została przez władze sowieckie uznana za zaginioną w akcji i otrzymała tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Nie uratowało to jej przed okrutnymi represjami ze strony NKWD po wyzwoleniu obozu w Drzewicach. Radziecki kodeks karny z 1936 r. określał każdego czerwonoarmistę, który dostał sie do niewoli jako zdrajcę. Marszałek Siemion Timoszenko wydał 16. 08. 1941 r. słynny rozkaz nr 270: „ Poddających się należy uważać za złośliwych dezerterów podlegających uwięzieniu jako łamiących przysięgę i zdradzających swą ojczyznę”. Jak zwykle oszczędny w słowach Stalin stwierdził krótko w swym przemówieniu radiowym transmitowanym z okazji 24 rocznicy rewolucji październikowej: „ Nie ma sowieckich jeńców wojennych, są tylko zdrajcy”.
W lochach na Łubiance była torturowana w trakcie wielokrotnych przesłuchań i uznano ją za zdrajcę ojczyzny. Zrehabilitowana została dopiero 20 lat po zakończeniu II wojny światowej i zwrócono jej zaszczytny tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Zmarła 29 października 2009 roku. Kilka lat wcześniej, 16 grudnia 2004 r. zmarł w USA inny więzień Stalagu III C. Nazywał się Joseph Robert Beyrle, służył w wojskach powietrzno- desantowych i został osadzony w obozie pod Kostrzynem 17. 09. 1944r. Jankesi przebywali w Drzewicach najkrócej ze wszystkich grup narodowościowych- od września 1944 r. do końca stycznia 1945 r. Otrzymywali paczki z Międzynarodowego Czerwonego Krzyża zawierające takie skarby jak skondensowane mleko, konserwy mięsne, czekoladę i nade wszystko- papierosy- najlepszą walutę więzienną na całym świecie. 10 paczkami papierosów sierżant Beyrle przekupił obozowych strażników i grupa Amerykanów spokojnie „ oddaliła się w sposób niekontrolowany” na bocznicę kolejową, gdzie „ zakwaterowali się” w wagonach towarowych. I tu skończyła się część pozytywna ucieczki: miast na zachód parowóz pomknął do… Berlina. Uciekinierzy próbowali niepostrzeżenie opuścić stolicę III Rzeszy, ale Gestapo było szybsze i po krótkim pobycie w obozie Luft III w Żaganiu trafili na miesiąc do karceru w „ swoim” Stalagu w Drzewicach. Jak tylko niepokorny sierżant wyszedł z klatki, w której go trzymano o chlebie i wodzie zorganizował na początku stycznia 1945 r. kolejną ucieczkę. Tym razem śmiałków było trzech: ukryli się w beczkach i tak załadowano ich na wóz. Ten niestety przewrócił się przekraczając obozową bramę i strażnicy otworzyli ogień. Uratował się tylko Beyrle i umknął pościgowi kryjąc się przez 24 godziny w lodowatej wodzie strumienia. Po trzech dniach spotkał radzieckich żołnierzy, do których wyszedł z podniesionymi rękoma krzycząc „ Amerykanski towariszcz!”. Tym razem szczęście mu dopisało: nie tylko, że nie został natychmiast zabity jako giermaniec, czy inny szpion, ale nawet- po wielogodzinnych przesłuchaniach i naradach z politrukami- dano mu do ręki pepeszę. Następnego dnia brał udział w zdobywaniu Kostrzyna jako desant na sowieckim czołgu amerykańskiej produkcji. W trakcie walk ostrzelano kolumnę niemieckich żołnierzy, lecz okazało się później, że większość ofiar stanowili konwojowani amerykańscy jeńcy z obozu w Drzewicach. Nasz bohater walczył dalej dosłownie u boku sojusznika aż do końca lutego, kiedy ciężko ranny trafił do szpitala polowego w Gorzowie Wielkopolskim. Tam spotkał się z krwawym marszałkiem Żukowem i przez Łódź oraz Warszawę trafił do Moskwy. W tamtejszej ambasadzie USA poinformowano go, że zginął w akcji 10 czerwca 1944 r., oskarżono o szpiegostwo i osadzono w areszcie, z którego uwolniły go dopiero pozytywne wyniki badań daktyloskopijnych przysłane z Waszyngtonu. Dalsza droga prowadziła przez Odessę, Turcję i Egipt do szpitala wojskowego w Neapolu gdzie w końcu usunięto z jego ciała odłamki i wyleczono rany. Do rodzinnego domu w Muskegon dotarł 21 kwietnia 1945 r. 14 września 1946 roku w tym samym kościele, w którym dwa lata wcześniej odbyła się( na koszt armii USA) msza żałobna za jego duszę „ nieboszczyk” wziął ślub z Joanną Hollwell. Żyli dalej długo i szczęśliwie, doczekali się dwóch synów i dwóch córek oraz siedmiu wnucząt. W 50 rocznicę lądowania Aliantów w Normandii dziadek Beyrle otrzymał od Billa Clintona i Borysa Jelcyna najwyższe odznaczenia wojskowe obu państw. Jego syn Joe Beyrl był ambasadorem USA w Rosji od 2 lipca 2008 r. do końca roku 2011.
Odnaleziono 9 zbiorowych mogił zamęczonych i zamordowanych ofiar o długości 60 m każda. Pierwsze prace ekshumacyjne rozpoczęto 24 lipca 1962 r. Blisko miesiąc później odsłonięto pomnik oraz płytę z napisem „ Cmentarz jeńców wojennych w l. 1939- 1945. Na terenie STALAGU IIIC w Drzewicach hitlerowcy wymordowali 7 tysięcy jeńców alianckich. Cześć ich pamięci.” W 1966 r. Francuzi ufundowali tablicę z napisem: „ W hołdzie wszystkim naszym kolegom zmarłym w niewoli. Pielgrzymka francuskich jeńców wojennych 1962 i 1966.”
Informacje historyczne dotyczące niemieckiego obozu jenieckiego Stalag III C Alt Drewitz oraz eksponaty obozowe znajdują się w Izbie Pamięci w Gimnazjum nr 2, ul. Mikołaja Reja 32. Godziny otwarcia: poniedziałek – piątek, 8:00 – 18:00.
Lato 1944 roku było czasem Apokalipsy dla centrum Kostrzyna: zagłada przyszła z nieba w postaci alianckich bombowców.
Na początku 1945 roku władze niemieckie postanowiły uczynić z fortu i miasta silny punkt obrony mający uniemożliwić Rosjanom dalszą drogę na Berlin( odległy tylko o 70 km). Do 19 lutego ewakuowano na zachód ludność cywilną istniejącym jeszcze wtedy korytarzem, zmodernizowano stare fortyfikacje, praktycznie każdy dom zmieniono w punkt oporu, a każdą ulicę zabarykadowano. Stworzono trzy koncentryczne linie obrony obsadzone 10 tysięcznym garnizonem pod dowództwem zbrodniarza wojennego, SS- Gruppenführera Heinricha Friedricha Reinefartha. Był to jeden z katów Powstania Warszawskiego: jego oddziały od 5 sierpnia 1944 w ciągu kilku dni bestialsko wymordowały ok. 50 tysięcy cywilnych mieszkańców Warszawy( w jednym z raportów żądał szybkiej dostawy amunicji, której już zaczęło brakować do rozstrzeliwań). W czasie tłumienia Powstania żołnierze Reinefartha palili żywcem jeńców i rannych oraz personel szpitali. Ocenia się, że jego ręce splamione zostały krwią 100 tysięcy ofiar. 30 września 1944 za swe „ zasługi” otrzymał z rąk Hitlera Liście Dębowe do Żelaznego Krzyża. W grudniu tegoż roku otrzymał nominację na dowódcę XVIII Korpusu Armijnego SS walczącego w rejonie środkowej Odry, a następnie bronił Kostrzyna.
Po wojnie nasi „ sojusznicy” ( Anglicy i Amerykanie) konsekwentnie odmawiali ekstradycji zbrodniarza do Polski. W trakcie „ procesu sądowego” sąd w Hamburgu uznał, że brak jest dowodów winy( !!) i uwolniono go od zarzutów. W 1951 r. został burmistrzem Miasta Westerland na wyspie Sylt, a w 1958 r. wybrano go do Landtagu w Szlezwiku- Holsztynie. Przyznano mu nawet generalską rentę! Przez wiele lat był przewodniczącym partii Blok Wszechniemiecki/ Blok Wypędzonych ze Stron Ojczystych i Pozbawionych Praw (!!) Zmarł w spokoju 7 maja 1979 roku w swej rezydencji na wyspie Sylt nazywanej w Niemczech wyspą miliarderów. Jego powojenna historia jest typowa dla wielu niemieckich zbrodniarzy wojennych… Land Szlezwik- Holsztyn oraz miasto Hamburg stało się po wojnie miejscem, do którego ściągali masowo towarzysze z SS. Polecam książkę „ Tajemnica śmierci i bogactw Heinricha Himmlera”, której autorem jest Hugh Thomas. Jej lektura napełniała mnie obrzydzeniem ze względu na przedstawione w niej podłe postępowanie wielu potentatów przemysłowych i bankowców z Europy oraz USA, a także królewskich rodzin z Wielkiej( ?) Brytanii i Szwecji. Uzyskałem też odpowiedź na nurtujące mnie od wielu lat pytanie, jak to się stało, że pobite Niemcy o zniszczonym prawie całkowicie potencjale przemysłowym tak szybko stały się potęgą gospodarczą.
Rosjanie zdobyli miasto 31 stycznia po zażartych walkach, które doprowadziły do zniszczenia praktycznie 100 % zabudowy. Spalone resztki kamienic, kościoła i zamku rozebrano na przełomie lat 50- tych i 60- tych XX wieku, gdyż Kostrzyna postanowiono nie odbudowywać, dzięki czemu można dzisiaj zobaczyć, jak wyglądało w 1945 r. wiele polskich miast takich jak Warszawa, czy Gdańsk. Prowadzone są obecnie prace porządkowe i wędrując ulicami umarłego miasta, z którego pozostały ruiny nie wyższe niż 1- 1, 5 m czułem się doprawdy dziwne. Szkoda tylko, że nie widać nigdzie plansz z fotografiami pokazującymi inne zniszczone polskie miasta zamieszkałych przez ludnością cywilną, a nie będących-jak Kostrzyn- twierdzami obsadzonymi przez wojsko. Mam wrażenie, że tworzy się kolejny mit o martyrologii biednego narodu niemieckiego, którego domy zostały unicestwione przez dzikie hordy ze wschodu. Moje odczucia wynikają m. in. z podsłuchanych rozmów prowadzonych przez turystów z Niemiec tłumnie zwiedzających Stary Kostrzyn. (Nad zwyczaj pożytecznym jest znać obce języki).
Zapraszam na mały spacer po zrujnowanym mieście:
Kręcąc się po Kostrzynie ujrzałem w pewnym momencie stojący prawie na ulicy… parowóz. Każdy z nas w dzieciństwie marzył o wejściu do takiego wielkiego potwora dyszącego parą, gdy stał przy peronie i czekał na nas- pasażerów. I ten genialny wiersz Tuwima:
Lokomotywa
Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa -
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha:
Buch - jak gorąco!
Uch - jak gorąco!
Puff - jak gorąco!
Uff - jak gorąco!
Już ledwo sapie, już ledwo zipie,
A jeszcze palacz węgiel w nią sypie.
Wagony do niej podoczepiali
Wielkie i ciężkie, z żelaza, stali,
I pełno ludzi w każdym wagonie,
A w jednym krowy, a w drugim konie,
A w trzecim siedzą same grubasy,
Siedzą i jedzą tłuste kiełbasy.
A czwarty wagon pełen bananów,
A w piątym stoi sześć fortepianów,
W szóstym armata, o! jaka wielka!
Pod każdym kołem żelazna belka!
W siódmym dębowe stoły i szafy,
W ósmym słoń, niedźwiedź i dwie żyrafy,
W dziewiątym - same tuczone świnie,
W dziesiątym - kufry, paki i skrzynie,
A tych wagonów jest ze czterdzieści,
Sam nie wiem, co się w nich jeszcze mieści.
Lecz choćby przyszło tysiąc atletów
I każdy zjadłby tysiąc kotletów,
I każdy nie wiem jak się natężał,
To nie udźwigną - taki to ciężar!
Nagle - gwizd!
Nagle - świst!
Para - buch!
Koła - w ruch!
Najpierw
powoli
jak żółw
ociężale
Ruszyła
maszyna
po szynach
ospale.
Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,
I kręci się, kręci się koło za kołem,
I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,
I dudni, i stuka, łomoce i pędzi.
A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!
Po torze, po torze, po torze, przez most,
Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las
I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas,
Do taktu turkoce i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to,
Gładko tak, lekko tak toczy się w dal,
Jak gdyby to była piłeczka, nie stal,
Nie ciężka maszyna zziajana, zdyszana,
Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana.
A skądże to, jakże to, czemu tak gna?
A co to to, co to to, kto to tak pcha?
Że pędzi, że wali, że bucha, buch-buch?
To para gorąca wprawiła to w ruch,
To para, co z kotła rurami do tłoków,
A tłoki kołami ruszają z dwóch boków
I gnają, i pchają, i pociąg się toczy,
Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy,,
I koła turkocą, i puka, i stuka to:
Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!...
Parowóz w Kostrzynie nie był aż tak groźny- może dlatego, że stałem się jakby większy i wyobraźnia już nie taka, jak u dziecka… Ech, starość…
Dzielna maszyna będąca od roku 1987 na emeryturze uniknęła śmierci w martenowskim piecu i ma nawet swoją stronę w Internecie:
http://www.holdys.pl/tomi/index.php?desc=on&par=pt47-121
Inną ciekawostką Kostrzyna jest… permanentny brak tabliczek z nazwami ulic. Idziesz sobie, dobry człowieku przez to miasto wiedząc, że aby dojść do ul. X z Placu Y musisz minąć ulice Z i B. W pewnym momencie stoisz na kolejnym skrzyżowaniu i- jako, żeś nie tubylec- nie wiesz, czy masz skierować się w prawo, czy w lewo, czy też przeć wprost, niczym Armia Czerwona. Na okolicznych domach widać jedynie ślady po tabliczkach.
Oczywiście rozumiem zapobiegliwość władz miasta chcących w ten sposób utrudnić ruchy wojsk nieprzyjacielskich, jednak nic mi nie wiadomo o nadejściu takowych. Chyba, że mówimy o dzikich hordach namolnych turystów pałętających się po mieście- to co innego. Jest jeszcze jedno wytłumaczenie wspomnianej akcji „ informacyjnej”: największe trudności napotkałem szukając pomnika, a właściwie ś. p. pomnika gen. Karola Świerczewskiego( przy szkole na ul. T. Kościuszki). Jako, że postać generała kojarzyła się władzom miasta bardziej z kolorem czerwonym niż z- nadzwyczaj modnym obecnie- kolorem czarnym, wspomniani radni powstali na chwilę z klęczek i wydalili z siebie uchwałę nakazującą zniknięcie „ komucha”. Wielu mieszkańców protestowało wprawdzie przeciwko takiemu postępowaniu, ale jak to kiedyś powiedział pewien oligarcha przystrojony w purpury: było to tylko szczekanie pieska. I takim sposobem małe szczeniaczki musiały podkulić ogonki i zapomnieć o takich abstrakcyjnych pojęciach jak państwo demokratyczne, aby wybrani przez nich w wolnych wyborach wielcy tego świata mogli pokazać, kto tu NAPRAWDĘ rządzi.
Sadzę, że śmiało mogę dedykować Kostrzyńskim rajcom poniższy link:
http://www.milanos.pl/vid-18144-Ameno---Po-machu.html
I tu zrobimy sobie małą przerwę w podróży.
Obiecuję, że niedługo ukaże się ciąg dalszy opisu tej wycieczki przez czas i przestrzeń o roboczym tytule „ W poszukiwaniu polskiego Carcassonne”.
Bardzo dziękuję Beacie i Piotrowi Grzenkowiczom z Sierakowic za pomoc w realizacji tej i kilku innych wypraw. Dziękuję !
Jeszcze kilka fotek z trasy:
Na zakończenie kilka ciekawych linków:
Jezioro Miedwie:
http://kobylanka.pl/prezentacja/Promenada_nad_Miedwiem_promenada.html
Strony poświęcone szachownicom:
http://www.architektura.pomorze.pl/index.php?art_id=650&PHPSESSID=fd7845dd51eb97800d18713feedeb4fe
http://www.templariusze.org/szachownice.php
http://zp.pl/Szachownice---tajemnica-sredniowiecza,artykul_1_197_0_0
Dolina Miłości:
Kolorowe filmy i zdjęcia z czasów Wielkiej Wojny:
http://www.liveleak.com/view?i=622_1341614884
Bardzo interesujący jest internetowy przewodnik po twierdzy i mieście:
http://content.yudu.com/Library/A17k13/KostrzynnadOdrBastio/resources/1.htm
Świetna strona o twierdzy Kostrzyn:
http://www.mm.pl/~mucharek/index.htm
Strona poświęcona jednemu z rosyjskich pułków:
http://pl.wikipedia.org/wiki/21_Muromski_Pu%C5%82k_Piechoty
Znam kilku ludzi o anielskiej wprost cierpliwości, którzy potrafią składać modele różnych pojazdów, okrętów, samolotów i zamków nie sklejając sobie przy tym zbytnio palców oraz nie używając przy tym wyrazów powszechnie uważanych za wulgarne. Dla nich i innych aniołów w ludzkiej postaci mam propozycję na długie, zimowe wieczory:
http://www.mojehobby.pl/products/ZAMEK-w-Kostrzynie-nad-Odra-rekonstrukcja-wg-stanu-na-XVI-wiek.html
http://www.konradus.com/forum/read.php?f=1&i=122379&t=122379&page=1
Oto link do ciekawej opowieści p.t. „ Nieszczęścia roku 1758 wspomnienia pewnego pastora”:
http://www.templariusze.org/sarbin.htm
Osobom zainteresowanym historią Prus w tamtym okresie proponuję skorzystać z tego linku:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Prusy_w_XVIII_wieku
Jedna ze stron o Stalagu w Starych Drzewicach: