Na dzisiejszych mapach nie znajdziecie takich państw jak Pomezania, tudzież sąsiadujące z nią:
Pogezania, Natangia, Sambia, czy Galindia i Barcia.
Nazwy tych krain zginęły wraz z ich mieszkańcami wskutek krzewienia słowa bożego za pomocą ognia i stali.
Działo się to w XIII wieku: chrześcijańscy rycerze z miłością bliźniego w sercach masowo mordowali tzw. pogan, gwałcili ich kobiety, a dzieci żywcem wrzucali w ogień palonych domostw.
Zaiste, Bóg jest nieskończenie cierpliwy…
Rzecz cała miała miejsce w XIII wieku.
Ówczesny papież za tę zbrodnię ludobójstwa nagradzał masowych morderców wizją odpuszczenia grzechów i otwarciem bram raju. Eksterminacja była tak skuteczna, że niektórzy historycy porównują pradawne Prusy do mitycznej Atlantydy - tak doskonale zniszczono wszelkie ślady po „ niewiernych”.
Nic dziwnego: doświadczenie czyni mistrza.
Warto wiedzieć, że Polska wybrała inną drogę nawracania „ pogan”: już w roku 1220 Leszek Biały chcąc uniknąć niewygód związanych z kolejną wyprawą krzyżową do Ziemi Świętej( szóstą i - jak poprzednie - zakończoną klęską) zaproponował papieżowi,
że wzniesie w Prusach gród, w którym sprzedawał będzie sól i żelazo, aby „ tak pogan do ręki przyłożyć i obłaskawić”.
Jednak Watykan musiał zdrenować rozgoryczenie rycerstwa po swym kolejnym niepowodzeniu i wezwał - jak to pisze kronikarz Gall
do „ mieczem mordowania i wyniszczenia tego rodu żmij”.
W 1228 r. zjawia się pierwszy hufiec krzyżacki, a po dwóch latach przyjeżdża mistrz Herman von Balke chowający pod płaszczem z czarnym krzyżem sfałszowany dokument kruszwicki, na podstawie którego przez wieki całe głoszono tezę, jakoby to Konrad Mazowiecki wezwał krzyżaków na pomoc. Po dalszych trzech latach przerażony ojciec chrzestny pruskich książąt- cysters Chrystian pisał skargi do Rzymu mówiąc o tym, że miast wznosić kościoły krzyżacy zabijają neofitów, za co został przez zakonników wtrącony do więzienia, a jego biskupstwo do cna złupiono.
Tak też kończy się polski plan pokojowej ekspansji: handlowej Leszka Białego i rolnej cystersów( otrzymujących ziemie w Polsce, aby od Prusów nic nie brać podług nauk słynnego Alkuina głoszącego bezinteresowność apostołów chrześcijaństwa). Co ciekawe, działania te zaczęły przynosić pierwsze rezultaty: pielgrzymki do miejsca śmierci św. Wojciecha szły niepokojone przez terytoria „ bestii” pruskich przez nich zresztą oprowadzane, język polski był tam na tyle znany, że misjonarze nie mieli problemów językowych, a sam Brückner pisał: „ nazwy narzędzi, kruszców, roślin, gospodarskie- od polonizmów zza Wisły i Drwęcy w słownictwie pruskim się roją”. W traktacie dzierzgońskim Prusowie oświadczyli, że ich wolą jest przyjęcie znanego im prawa polskiego miast obcego- niemieckiego. Później już, bo w XIV w. zapisujący się na uniwersytet w Królewcu Prusowie określali się jako należący do nacji polskiej, a nie niemieckiej.
W roku 1234 książę Resii stoczył ostatnią, przegraną tylko w wyniku zdrady bitwę w Świętym Gaju nad rzeką Dzierzgonią. Pięć lat później w Starym Dzierzgoniu przedstawiciele Pomezanii, Warmii i Natangii podpisali z krzyżakami pokój, który kończył pierwsze powstanie pruskie (1242-48). Traktat regulował stosunki własnościowe na podbitych ziemiach, zobowiązywał ich mieszkańców do odbudowy zniszczonych w czasie powstania kościołów, przyjęcia chrztu, porzucenia„ pogańskich” obrzędów i zachowania wierności zwycięzcom. Ci ostatni zerwali traktat jeszcze w tym samym roku atakując Warmię i Natangię.
Jedyną nazwą, która dotrwała do naszych czasów jest Warmia. Obecnie czas płynie tu powoli i nic nie świadczy o okrucieństwach średniowiecza.
Pierwszym punktem na mej trasie było dawne serce Pomezanii o nazwie Resia, czyli dzisiejsze Prabuty.
Przez wiele lat w centrum miasta stała pięcioramienna latarnia gazowa, którą w 1929 r. zastąpiła zdobiąca poprzednio jeden z placów Berlina pięciokondygnacyjna Fontanna Rolanda( tego z„ Pieśni o Rolandzie”). Ówczesne władze Prabut musiały dysponować sporą nadwyżką budżetową, skoro mogły sobie pozwolić na wydanie olbrzymiej sumy 80 tysięcy marek na jej zakup. Na szczycie widniała postać średniowiecznego rycerza w pełnej zbroi z legendarnym mieczem Durendalem i tarczą, czyli Roland, który w 1945 roku mniej, bądź bardziej samowolnie opuścił miejsce swego pobytu, by oddalić się w nieznanym do dzisiaj kierunku. Dopiero 24 września 2011 roku odbyło się uroczyste odsłonięcie„ nowego” Rolanda z tarczą ozdobioną bretońskim herbem i rogiem u pasa. Był to jeden z etapów rozpoczętego w roku 2007„ generalnego sprzątania” miejskiego rynku, podczas którego gruntownie odświeżono fontannę, a teren wokół niej został zagospodarowany zgodnie z zaleceniami Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. M. in. w specjalnej wnęce wyeksponowano oryginalny bruk miejski z początków XIX wieku, a na czterech marmurowych płytach opisano historię nieistniejącego już ratusza, fontanny oraz przedstawiono schemat wodociągów miejskich.
Prabuty są jednym z nielicznych miast na świecie, które można oglądać„ od spodu”: otóż 3, 5 m pod rynkiem wyznaczono trasę turystyczną biegnącą w XVIII- wiecznych kanałach. Ich historia rozpoczęła się dokładnie 13 maja 1722 roku, kiedy to olbrzymi pożar strawił m. in. zamek, kościół oraz większość domów. Rok później król Fryderyk Wilhelm I przeznaczył 10 tysięcy talarów na budowę systemu doprowadzającego wodę z pobliskiego Raniewa i Jez. Liwieniec. W 1726 r. mistrz budowlany Hindersin rozpoczął pracę: przez następne cztery lata ułożono sieć drewnianych i metalowych rur oraz wykonano murowane wodociągi z umieszczonymi w narożnikach rynku dużymi zbiornikami o średnicy 4 m i wysokości ponad 5 m, nad którymi znajdowały się pompy. Wejście do tego lokalnego Hadesu znajduje się we wschodniej części starego centrum miasta, w średniowiecznym murze miejskim. Chętni do zwiedzania powinni ciepło się odziać i zapomnieć o czymś takim jak klaustrofobia. Wskazana jest również pewna doza samokrytyki: wprawdzie kanały mają dwa metry wysokości, ale ich szerokość miejscami nie przekracza jednego metra… W niedalekiej przyszłości całość zostanie oświetlona światłem elektrycznym- obecnie wymagane są latarki( i zapasowe baterie!)
Ważna informacja ze strony internetowej Urząd Miasta: zwiedzanie jest możliwe tylko po wcześniejszym umówieniu telefonicznym tel. +48 55 278 23 19
Na najwyższym piętrze Bramy Kwidzyńskiej( swego czasu wieży ciśnień) działa biuro informacji turystycznej, w którym zorganizowano salę wystawową z licznym dokumentami, pocztówkami i obrazami starych Prabut.
Wyjechałem na północ drogą nr 522 w kierunku Mikołajek Pomorskich, by w Antoninie skręcić do wsi Rodowo. Jej mieszkaniec- p. Ryszard Rabeszko zorganizował w 1990 roku pierwszy plener malarsko- rzeźbiarski, który przerodził się w międzynarodową, coroczną imprezę. Mój stetryczały umysł zatrzymał się w swoim rozwoju artystycznym na etapie impresjonizmu i tzw. sztuka współczesna jest dla mnie czymś absolutnie obcym. W Rodowie nastąpił przełom: z niekłamanym podziwem oglądałem zadziwiające dowody nieprawdopodobnej wyobraźni współczesnych twórców, chociaż niektóre z rzeźb przypominały jako żywo bohaterkę filmu„ Nie lubię poniedziałku”...
Najwięcej czasu spędziłem przed rzeźbą przedstawiającą Don Kichota, stojącą skromnie w dalszym, lewym rogu boiska.
Z chęcią przywiózłbym to dzieło sztuki do siebie( na własny koszt), aby uchronić je przed wandalami.
Niestety - gdy po kilku miesiącach byłem ponownie w „wiosce cudów” stwierdziłem ze smutkiem, że i tutaj dotarł jakiś idiota, który w swoim tępym łbie wydumał sobie, że MUSI popisać się przed swymi równie debilnymi kumplami pijacką odwagą i siłą, poczym zniszczył kapitalną w swej prostocie rzeźbę słonia odłupując mu trąbę... Rycerz O Smętnym Obliczu, a właściwie jego wierny Rosynant też był celem tego osobnika z resztkami mikroskopijnego mózgu.
Pojechałem dalej na wschód do dworca - widma w leżących na końcu świata Wartulach.
Próżno czekałem na gwizd lokomotywy: nawet o 15.10 panowała cisza…
Niedaleko leży Dzierzgoń. Na początku XIII wieku wznosiła się tu warownia Prusów o nazwie Dzyrgon leżąca tylko kilka godzin drogi od Malborka. Po długim oblężeniu krzyżacy gród zdobyli, a jego mieszkańców w sposób nadzwyczaj okrutny wymordowali.
Rzecz cała miała miejsce w Wigilię (jak widać można w różny sposób czcić dzień narodzin Pana), więc zmieniono nazwę osady na Christburg, czyli Chrystusowy Gród.
W roku 1410 ruszający na Grunwald komtur Albert von Schwarzberg wyrzekł prorocze słowa: „Twierdzę Christburg zostawiam złym duchom, które chciały tej wojny!” i bez wdzięku poległ na polu bitwy. Jak ludowa baśń głosi, tuż przed nadciągającymi wojskami zwycięskiego króla Jagiełły pojawiła się pod zamkiem armia złożona z widm poległych krzyżaków (jeszcze przez wiele lat miejscowa ludność uważała to miejsce za przeklęte).
Pewien kowal z Dzierzgonia chciał udowodnić, że są to przesądy światło ćmiące i wybrał się nocą do ruin warowni. Na dziedzińcu spotkał starego zakonnika, który zaprosił go do środka. Tam w jednej z komnat trwała huczna biesiada: stoły uginały się od jadła i napitku, śpiewano i tańczono, rycerzom towarzyszyły swawolne dziewki, a w przyległej kaplicy samotny mnich usiłował odprawić mszę.
Nagle wszystko ucichło i dał się słyszeć napawający grozą jęk, płacz i zgrzytanie krzywymi zębami. Stary zakonnik począł błagać przerażonego niedowiarka, by ten udał się do Malborka i opisał wielkiemu mistrzowi to, co zobaczył, aby krzyżacy pojęli, iż życie, jakie toczą prowadzi do wiecznego potępienia.
Nieszczęsny kowal spełnił tę prośbę, za co został stracony za szerzenie wywrotowych informacji.
Tyle legenda. Prawdą jest, że pomimo ważnego ze względów strategicznych położenia zamek w Dzierzgoniu po grunwaldzkiej klęsce opustoszał, popadł w ruinę i dzisiaj nie ma po nim śladu. Czasami jeno, w co bardziej ciemną noc słychać z dawnej góry zamkowej upiorne pienia i łoskot łańcuchów. Niektórzy twierdzą, że są to odgłosy wydawane przez pijanych złomiarzy, ale jaka jest prawda nie wie nikt…
Jadąc dalej drogą nr 519 dotarłem do Przezmarka, a konkretnie do Zajazdu Ostoja, gdzie powstała moja baza wypadowa.
Zajazd prowadzony jest przez bardzo miłych właścicieli i stanowi ABSOLUTNE przeciwieństwo obiektu, który opisałem w „Dworku Potworku”: inny Wszechświat.
Niejeden hotel i restauracja opisywane w przewodniku Michelin’a pozostają daleko w tyle za „Ostoją”. A wspaniałości przysmaków domowej kuchni oraz wędlin z prywatnej masarni w Zalewie krążą do dzisiaj gdzieś po moich kubkach smakowych!!
Przezmark należy do najstarszych osad pruskich w dawnej Pomezanii. Przyjechałem tu głównie z dwóch powodów: pana Kazimierza Białka- artysty amatora zajmującego się rzadkim rodzajem sztuki rzeźbiarskiej, jakim jest medalierstwo oraz starego zamku.
Niestety pan Kazimierz zmarł 4 stycznia 2010 r., więc nie mogłem przyjrzeć się jak tworzy medale.
Zamek natomiast jest odbudowywany przez obecnego właściciela - pasjonata, którym jest bardzo miły pan, chętnie zapraszający na swe włości i barwnie opisujący historię budowli.
Pierwotnie wjazd do zamku prowadził przez tzw. przedbramie. Dalej następowało przedzamcze z kompleksem budynków gospodarskich oraz dwiema wieżami: jedną, nieistniejącą już - cylindryczną i drugą - zachowaną do dzisiejszych czasów, o wysokości
35 m, spełniającą niegdyś nie tylko funkcje obronne i sygnalizacyjne, ale również więzienne. Zamek główny o wymiarach 47 na 73 metry był otoczony podwójną linią murów obronnych z mostem zwodzonym nad mokrą fosą. Był to dwukondygnacyjny budynek z kapitularzem i kaplicą, połączony z wieżą obronną, wieżą – skarbcem i wieżą pełniącą funkcję latryny, czyli tzw. gdaniskiem. Etymologia tego słowa jest kwestią sporną: niektórzy badacze twierdzą, że jest próbą zhańbienia dobrego imienia Gdańska, który wielokrotnie wzniecał bunty przeciw krzyżakom, inni zaś wywodzą nazwę od staropruskiego słowa „dansk” o znaczeniu„ mokry, wilgotny”.
Z zamkiem związana jest mroczna postać Mroczka z Łopuchowa, tak opisana przez Jana Długosza:
„...przybyło do króla [„powyżej wsi i jeziora Czołpie, w pobliżu zamku Preussmarkt”] wielu krzyżaków zostawionych do obrony rzeczonego zamku Prussmorga, którzy z pokorą oddawszy cześć królowi, poddali zamek jego władzy. Król puścił go zaraz w dzierżawę Mroczkowi z Łopuchowa, rycerzowi wielkopolskiemu, herbu Łaski. Ale ponieważ wieść niosła, że w tym zamku przechowywano wielkie skarby i klejnoty, król dla wprowadzenia Mroczka do zamku i spisania wszystkich w nim znajdujących się bogactw posłał wraz do Prusmorga Jana Sochę pisarza swego, herbu Nałęcz. Ten, gdy po wprowadzeniu rzeczonego Mroczka i spisaniu rzeczy powracał, w drodze, czy to od swoich czy od nieprzyjaciół, z całą drużyną zamordowany został. Padały wielkie podejrzenia na pomienionego rycerza Mroczka, że on to morderstwo nastroił, ażeby król ze spisów Sochy nie dowiedział się, jakie w zamku Prusmorskim były skarby i dostatki. Kiedy potem król oblegał Marienburg [Malbork], bracia i krewni zabitego Jana Sochy wynieśli przeciw Mroczkowi skargę o zabójstwo; złożono sąd w tej sprawie, ale Mroczek przysięgą rycerską uwolnił się od zarzutu."
Stanisław Kuczyński, autor monografii tej wojny, tak podsumował postawę załogi zamku przezmarckiego:
„W sercach braci krzyżackich musiał gościć istotnie ogromny lęk, skoro nie próbowali nawet bronić zamku Przezmark i zawartych w nim bogactw”.
Kilka km na wschód od Przezmarka leży mała wieś Gajdy, przez którą każdy przejeżdża nawet jej nie zauważając - ja również. Dopiero nieoceniony właściciel Zajazdu Ostoja nie tylko, że zwrócił mi na nią uwagę, to jeszcze zechciał przesłać zeskanowane materiały historyczne: próżno bowiem szukać czegokolwiek na ten temat nawet w Internecie.
Otóż Gajdy zajmują całkiem poczytną rolę w dziejach światowego protestantyzmu za sprawą braci Juliusza i Rudolfa Stangowskich. Młodszy z nich - Rudolf zainteresował się w drugiej połowie lat 40- tych XIX w. baptyzmem przeszczepionym w roku 1834 z Anglii do Niemiec przez hamburskiego kupca - Johanna G. Onckena.
Baptyzm jest nurtem protestanckim podkreślającym indywidualizm w relacji z Bogiem i nadrzędną rolę Pisma Świętego.
Chrzest jest udzielany tylko osobom świadomie wyrażającym żal za grzechy i wyznającym wiarę w Chrystusa, zbawienia zaś nie osiąga się na podstawie uczynków, lecz dzięki łasce Boga. Religia ta podkreśla rozdział Kościoła i państwa.
Praca misyjna Hamburczyka szybko przyniosła rezultaty: pierwsze zbory w dawnych Prusach Wschodnich powstały już po kilku latach w Kłajpedzie (1841) i w Elblągu( 1844). Rudolf Stangowski przyjął chrzest przez zanurzenie 3 listopada 1851 r., lecz zmiana wyznania spowodowała utratę posady nauczyciela w wiejskiej szkole w Bądkach koło Zalewa i konieczność przeniesienia się do Gajd.
Jesienią roku 1855, w trakcie szalejącej epidemii cholery jako jeden z nielicznych brał udział w walce z tą chorobą z pełnym oddaniem pomagając chorym. Ten fakt oraz prawy charakter zaowocowały mianowaniem go wójtem oraz ławnikiem sądowym w Zalewie.
Na początku października 1855 r. ukonstytuowała się w Gajdach najliczniejsza na tamtych terenach gmina baptystów, której członkowie osiem lat później wybudowali w centrum wsi kaplicę mogącą pomieścić 300 wiernych (nadal jest to jedyny piętrowy, murowany budynek we wsi) . Kaplica funkcjonowała do 1920 roku, w którym wyemigrował do USA ostatni wyznawca tej religii.
Jeszcze w 1931 r. droga, którą przychodzili na nabożeństwo wierni z Jerzwałdu nazywana była Drożyną Baptystów.
Starszy z braci - Juliusz - doprowadził w 1863 roku do rozłamu wśród baptystów tworząc Zbór Chrześcijańsko- Apostolski, szybko zyskując popularność nie tylko na terenie całej Europy, ale nawet w USA. Po jego śmierci (jesienią 1894 r.) brat Conrad z Hamburga utworzył w Gąbinie zbór Adwentystów, by wspólnie ze zborem z Magdeburga zainicjować powstanie Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Jego członkowie wyznają protestanckie zasady oparte na Biblii, zasadę zbawienia wyłącznie na podstawie łaski i jedynie za pośrednictwem Jezusa Chrystusa będącego arcykapłanem w Świątyni Niebiańskiej. Świat jest polem bitwy między Bogiem a Szatanem, w którym bierze udział cała ludzkość, zaś ciało człowieka jest Świątynią Ducha, przez co zakazane jest używanie narkotyków, alkoholu, tytoniu oraz mocnej kawy i herbaty. Wierni świętują biblijny sabat - sobotę i nie praktykują kultu świętych, obrazów oraz figur opierając się na drugim przykazaniu Dekalogu:
„Nie czyń sobie podobizny rzeźbionej czegokolwiek, co jest na niebie w górze, i na ziemi w dole, i tego co jest w wodzie i pod ziemią. Nie będziesz się im kłaniał, i nie będziesz im służył, gdyż ja Pan, Bóg twój, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze winę ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia tych, którzy mnie nienawidzą, a okazuje łaskę do tysiącznego pokolenia tym, którzy mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.”
Kościół katolicki decyzją Drugiego Soboru w Nicei (787 r.n.e.) usunął to przykazanie z Dekalogu. Zakończono wtedy spór o uznanie obrazów za godne czci. Wcześniej większość zdecydowanie uznawała czczenie obrazów i podobizn za bałwochwalstwo.
Tuż przed Gajdami (jadąc z Przezmarka), w małym lesie po prawej stronie szosy ukryty jest stary cmentarz, na którym można odnaleźć zniszczoną płytę nagrobną Rudolfa Stangowskiego i jego żony Krystyny( de domo Melzer).
Przemili gospodarze Zajazdu Ostoja podarowali mi nieprawdopodobną książeczkę p.t.„ Śladami Wilhelma II” autorstwa p. Andrzeja Czaplińskiego - kolejnego pasjonata tych ziem. O tytułowym bohaterze - cesarzu Niemiec i królu Prus moi gospodarze (myśliwi!!) nie mówili inaczej, jak „rzeźnik”. Nic dziwnego: jak można opisać jednym słowem kogoś, kto w swoim życiu zabił na terenie całej Europy- uwaga!!- 20 000 zwierząt?!? Np. w każdym miejscu, w którym padł kolejny jeleń ustawiano pamiątkowy głaz z odpowiednią inskrypcją - w lasach otaczających Prakwice dotrwało do naszych czasów 50 takich swoistych pomników, do których prowadzą tabliczki„ Kamień Wilhelma”. Każda rzeź zwierząt była skrupulatnie notowana, dzięki czemu wiemy, że tylko w tych okolicach Wilhelm II zabił ok. 500 rogaczy. Była to tak wielka klęska ekologiczna, że aby odbudować ich pogłowie potrzeba było aż 20 lat.
W związku ze swym kalectwem (niedowład lewej ręki) Wiluś haniebnie pudłował, przez co często trzeba było dobijać biedne ofiary jego chorej pasji.
Przejdźmy do samych Prakwic, których właścicielem był potężny ród von Dohna usiłujący wszelkimi sposobami wejść w łaski aktualnych władców. Tak było również za czasów Adolfa H. i jego kumpli, kiedy z królewskim przepychem przyjęto tu Hermanna Göringa. Nie obyło się oczywiście bez polowania. Wprawdzie gruby Herry ustrzelił tylko dwa rogacze, ale rozpierająca go z tego powodu duma spowodowała gwałtowne i niekontrolowane zwiększenie objętości przyszłego marszałka III Rzeszy. Zbliżająca się nieuchronnie katastrofa wywołana równie gwałtowną i równie niekontrolowaną utratą wystrzelonych niczym z procy guzików została w ostatniej chwili zażegnana bohaterską postawą szelek.
Obecnie pałac jest w stanie totalnej ruiny i mam nadzieję, że ten relikt pruskiej buty już niedługo zapadnie się pod ziemię.
Natomiast w odległych o 20 km na wschód Budwitach znalazłem przepiękny budynek… dworca kolejowego z Prakwic.
Oto jego krótka historia: Wilhelm II był miłośnikiem stylu staro - norweskiego w architekturze. Dlatego też, gdy w 1893 roku (dla jego wygody), powstała linia kolejowa Małdyty - Malbork stacyjka w Prakwicach nawiązywała do tego stylu: osłony rynien zakończono stylizowanymi smoczymi głowami umieszczonymi także na wieżyczce, ozdobna snycerka miała kształt baranich rogów, głów zwierzęcych, toporków, czy listew z trójzębem. Po upadku monarchii w 1920 r. budynek rozebrano i przeniesiono do Budwit.
Obecnie podlega ochronie konserwatorskiej, ale jest w opłakanym stanie.
Z północnych rubieży Pomezanii zacząłem przemieszczać się w kierunku jej centrum. Takim sposobem trafiłem do Zalewa nad Jeziorem Ewingi, by w końcu dotrzeć do najdłuższego w Polsce jeziora o jedynie słusznej nazwie Jeziorak (długości 27,5 km).
Jedna z szesnastu wysp - Wielka Żuława (o powierzchni 86 ha) jest największą wyspą śródlądową w naszym kraju i można odnaleźć na niej wały staropruskiego grodziska. Na półwyspie Żabi Róg, ( będącym w tamtych czasach wyspą) trzymano dziewice, których zadaniem była opieka nad świętym ogniem - dzisiaj rzecz nie do pomyślenia z powodu braków kadrowych.
Tour de Jeziorak rozpocząłem w Polajnach, by przez Rudnię trafić do Skitławek, a następnie do Wieprza, Gubławek, Mozgowa i w końcu do wsi Ligi. Można tu dojechać, a nawet dopłynąć bezpośrednio z Warszawy, czy Szczecina dzięki Kanałowi Elbląskiemu, a konkretnie jego odnodze, czyli Kanałowi Iławskiemu. Dzięki śmiałemu rozwiązaniu olbrzymiego problemu, jakim była dwumetrowa różnica poziomów wody w Jeziorze Dauby i Jeziorze Karnickim płynący tą drogą wodniacy mają możliwość ujrzenia tafli wody znajdującej się… dużo poniżej obu burt. Jest to spowodowane usypaniem na Jeziorze Karnickim wału o szerokości 50 m i wysokości 6 m, w którego koronie wybudowano drogę wodną szerokości 10 m i głębokości 1,5m. Niestety, to hydrotechniczne cudo jest dostępne tylko dla właścicieli wszelkich machin wodnych, zatem po raz kolejny byłem nieutulony w żalu z tego powodu, że niedościgniona technika radziecka nie uwzględniła możliwości zastosowania w tej roli motocykli z wózkiem bocznym. Może kiedyś, gdy kolega McGywer naprawi to drobne niedopatrzenie będę mógł dodać do niniejszej relacji opis przeżyć znad Jeziora Karnickiego.
Było mi mało „mojego” kanału Elbląskiego, więc wykonałem żabi skok do pochylni Buczyniec. Kręcąc się tu i tam w pewnym momencie nie zwróciłem uwagi na nazwę kolejnej wsi, ale zauważyłem ruiny wiatraka. Nie zdecydowałem się jednak na podjechanie w jego pobliże: powodem były biegające samopas miluśne pieseczki (każdy wielkości czołgu), do tego przyjaźnie warczące i pokazujące godne podziwu uzębienie. Wprawdzie strachliwy nie jestem, ale wykonałem tzw.„strategiczny odwrót na z góry upatrzone pozycje”, aby po powrocie do domu nie oberwać od mojej kochanej Żony za porwane pantalony.
Co do wiatraka: jest to prawdopodobnie jedyny zachowany w tym regionie wiatrak holenderski z II połowy XIX w.
Aby ochłonąć zatrzymałem się w małym lesie leżącym na niedalekim pagórku i… odkryłem stary cmentarz z pomnikiem poświęconym mieszkańcom wsi poległym na frontach I wojny światowej. Konserwator Zabytków z Elbląga utrzymuje, że pochowani są tam m. in. budowniczowie kanału Elbląskiego, w tym pochylni, przy której przed chwilą byłem.
Wieś zwie się Lepno.
Nie wiem jak i kiedy dotarłem do Miłomłyna. Winą za to obarczam piękne widoki towarzyszące mi podczas kilkukilometrowej jazdy wzdłuż kanału biegnącego równolegle do szosy. W samej miejscowości spędziłem kilka chwil przy śluzach. Zaiste frapujące są krzywe schody prowadzące do jednej z nich: czyżby odzwierciedlały utajone kompleksy braci żeglarskiej, która w ten sposób chce dorównać chwiejnemu postrzeganiu świata przez pełnomorskie wilki?
Przy wyjeździe z Miłomłyna zauważyłem tablicę „Osada Danków zaprasza”. Przecież nie byłbym sobą, gdybym tam nie pojechał, prawda? Dojeżdżając do Wielimowa zauważyłem szachulcową wieżę wyrastającą ponad drzewa iglastego lasu.
Miast rekonstrukcji zabytkowej osady ujrzałem zespół ekskluzywnych rezydencji wypoczynkowych. Trafiłem na wesele i na prośbę panny młodej udostępniłem motocykl (beze mnie) do sesji zdjęciowej. Siedząc w fotelu na tarasie jednego z domów przeczekałem burzę rozmyślając filozoficznie nad tym, co straciła młoda para rezygnując z towarzystwa„ niewątplywie i bynamniej” atrakcyjnego motocyklisty. Następnie ulotniłem się „po angielsku” z tej oazy innego świata.
Kilka km na wschód, niedaleko małej wsi Liwa (o XVI wiecznym rodowodzie) odkryłem kameralną i przeuroczą śluzę
o wdzięcznej nazwie Zielona.
Przez Zalewo (ale inne, niż powyżej), Gil Mały i Wielki nad Jeziorem Gil Wielki, przesmyk między tym jeziorem, a Jeziorem Iłgi,
po kilku chwilach spędzonych nad Jeziorem Guldynek Mały dotarłem do Wiewiórki.
Jako, że bardzo lubię te śliczne zwierzątka nie mogłem odmówić sobie przyjemności zawitania do „ich” wsi. Droga była niezbyt dobra, ale może dzięki temu panowała tu cisza i spokój, które to luksusy są nie do kupienia o tej porze roku w Sopocie, czy też w Łebie.
Wiewiórek niestety nie było.
Wpadłem na chwilę do wsi Pikus, ale deszcz, który tam lunął nie był już taki pikuś, jeno tropikalna ulewa. Tuż obok przebiega droga nr 16 Ostróda - Toruń, a przy niej, przed wsią Frednowy wybudowano stację benzynową, gdzie ogrzałem się od wewnątrz spożywając dania i płyny gorące, gdy w tym czasie z mojej kurtki i portek spływały resztki dżdżu. Kilka km dalej na zachód, w Rudzienicach uciekłem z głównej drogi na południe, by przez Kałduny dojechać do Ławic.
Tutaj 15 marca 1854 roku urodził się Emil Behring - człowiek, którego umysł i ciężka praca uratowały życie milionom ludzi.
Był on asystentem słynnego Roberta Kocha i w 1890 roku wraz z Japończykiem Shibasaburo Kitasato opracował surowice antytoksyczne przeciwbłonicze i przeciwtężcowe. Rok 1901 był wyjątkowy dla wielkiego uczonego - został wtedy pierwszym w historii laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny i otrzymał z rąk cesarza Niemiec tytuł szlachecki. Komitet Noblowski w uzasadnieniu umieścił następujące słowa: „otwarta została nowa droga dla medycyny, a lekarze otrzymali ważną broń w walce przeciw chorobie i śmierci.” Kilkanaście lat później, w czasie Wielkiej Wojny szczepionka przeciwtężcowa uchroniła tysiące rannych żołnierzy przed straszną śmiercią. Na ścianie domu rodzinnego von Behringa (obecnie szkole podstawowej) umieszczono tablice pamiątkowe, a przed budynkiem - popiersie noblisty.
Stąd było już blisko do stolicy regionu, czyli Iławy. W herbie tego miasta powinien znajdować się żagiel i trąbka.
W pełni sezonu wody Jezioraka w okolicach Iławy pokryte są morzem żagli, a tutejsza marina pęka w szwach. Jest to chyba jedyne miejsce w Polsce, gdzie można przypłynąć na zakupy: należy tylko przybić do kei przy galerii handlowej „Jeziorak”. Dla„ szczurów lądowych” organizowane są rejsy wycieczkowe, podczas których można podziwiać z pokładu statku m. in. pięknie położony nad Jeziorakiem Amfiteatr im. Louisa Armstronga. Skąd Wielki Satchmo w Iławie? Otóż od kilkunastu lat, w połowie sierpnia odbywa się tutaj najstarszy w Polsce i w Europie(!!) festiwal jazzu tradycyjnego „Złota Tarka”. Muzyka rozbrzmiewa nie tylko we wspomnianym wyżej amfiteatrze, ale także w Parku Miejskim, w licznych klubach i restauracjach, a nawet na ulicach w czasie muzycznych parad. Jako, że jazz jest dla wszystkich mogą go posłuchać zarówno niewinne pacholęta, jak i mniej niewinni pensjonariusze lokalnego zakładu karnego o zaostrzonym rygorze mieszczącego się w bardzo ciekawym budynku dawnych koszar (widocznie organizatorzy festiwalu wzięli sobie do serca starą prawdę, że muzyka łagodzi obyczaje). Z innych wydarzeń muzycznych słynne są jeszcze dwie imprezy: „Jeziorak Shanties Meeting”, czyli festiwal muzyki szantowej oraz „Fama Rock Festival”- ogólnopolski festiwal młodzieżowych grup rockowych.
Istnieje wiele miast i miasteczek w Polsce, które na tym zakończyłyby swoją ofertę dla mieszkańców i turystów. Nie Iława!
Tutaj nie można się nudzić! Jest kryty basen i kręgielnia, a gdy słońce ponownie pojawi się na nieboskłonie liczne szlaki turystyczne zapełniają się wodniakami, rowerzystami, piechurami oraz zwolennikami hippiki. Pasjonat swego miasta- p. Wiesław Skrobot opracował cztery trasy turystyczne o bardzo intrygujących nazwach: „W murach średniowiecznej Iławy”, „W drodze do Golbetina”, „ Wzdłuż granic średniowiecznej Iławy” oraz „Na staropruskich i krzyżackich szlakach”. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: stare legendy, zaginione skarby, tajemnicze opowieści…
Jako, że młode lata spędziłem w Sopocie rozpocząłem zwiedzanie Iławy od Sopotu, a właściwie od Małego Sopotu, czyli urokliwej dzielnicy położonej na półwyspie leżącym w bezpośrednim sąsiedztwie Wielkiej Żuławy. W roku 1927 wybudowano tutaj plażową kawiarnię stylizowaną na słynny Grand Hotel z dużym, oszklonym tarasem widokowym wychodzącym bezpośrednio na plażę.
Aby wszystko było „jak należy” przetransportowano nawet oryginalny piasek z nadmorskiego kurortu (podobno przez długie lata znajdowano w nim monety z Wolnego Miasta Gdańska). Obecnie znajduje się tutaj hotel „Kormoran”, do którego dojeżdża się ulicą- rzecz jasna- Plażową. Wokół zachowały się stylowe, przedwojenne wille, przypominające jako żywo te z Sopoćkowa. Po drugiej stronie ulicy Sienkiewicza, która stanowi jakby podstawę półwyspu wybudowano kompleks sportowy IKS Jeziorak. Za stadionem, ( na wzgórzu) widoczny jest z daleka pomnik poświęcony młodzieży polskiej. Znajdujący się na nim orzeł pochodzi prawdopodobnie z niedalekich Matyt, a konkretnie z rozebranego, niemieckiego pomnika i jest typową„ gapą”. Dalej powędrowałem ulicą Mickiewicza, czyli nadbrzeżną promenadą z piękną panoramą Iławy: doskonale widać gotycki kościół z charakterystyczną wieżą, ratusz oraz amfiteatr.
Można przysiąść na jednej z ławek, aby nie upaść z wrażenia
Po dojściu do wschodniego brzegu Małego Jezioraka skręciłem w lewo i po kilku metrach ujrzałem Tawernę Kaper ulokowaną w budynku dawnej wozowni. Pierwotnie w środkowej części znajdowała się stajnia z sześcioma stanowiskami dla zwierząt, a szerokie bramy w części południowej prowadziły do wozowni. Przyznam się, że nie zajrzałem do środka, więc nie wiem, czy w menu króluje konina. Jeśli nawet, to musi być wybornie przyrządzana sądząc po tym, z jakim pietyzmem odrestaurowano budynek.
Idąc dalej na północ ulicą Kazimierza Jagiellończyka znalazłem się przed Cerkwią Bizantyjsko - Ukraińską
ulokowaną… w budynku dawnej gazowni.
Stąd zawróciłem w kierunku centrum miasta, by znaleźć się na głównej arterii Iławy, czyli ulicy Niepodległości.
Przed wojną ówczesna Kaisersstrase ze swoimi wspaniałymi kamieniczkami była wizytówką miasta. Niestety i tu w styczniu 1945 roku swą ciężką, barbarzyńską pracę wykonała sowiecka armia, wskutek czego obecnie możemy podziwiać tylko niektóre, cudem ocalałe budynki. W przyległym do brzegów jeziora parku miejskim ustawiono cztery XVIII- wieczne rzeźby z Kamieńca przedstawiające postacie Jowisza, Junony, Herkulesa i Wenery. Tuż za parkiem ulokowano amfiteatr, a za nim Perłę Warmii i Mazur, czyli Ratusz Miejski wybudowany w latach 1910- 1912 za astronomiczną jak na ówczesne czasy kwotę 200 000 marek (trzeba przyznać, że nawet ratusz w Olsztynie nie jest tak monumentalny). Po ostatniej wojnie przez wiele lat na dziedzińcu przed ratuszem (podówczas domem towarowym!!) stał… pieniek katowski, na którym dokonywano w zamierzchłych czasach egzekucji.
Warto tu zajrzeć dla nadzwyczaj kompetentnej (i miłej) obsługi biura informacji turystycznej.
11 lipca 1920 roku odbył się plebiscyt, który zadecydował o przyłączeniu Warmii, Mazur i Powiśla do Polski lub Niemiec.
W stojącej niedaleko kamienicy znajdował się Miejski Komitet Plebiscytowy, co zostało upamiętnione odpowiednią tablicą.
Pomimo upływu blisko stu lat od tej daty jest to w obecnej chwili jak najbardziej (niestety) aktualny temat, dlatego poświęcę mu sporo miejsca. Jako, że nie wszyscy interesują się historią, a poza tym nie ma to być referat naukowy, jeno opis podróży odsyłam chętnych do lektury tekstu mojego autorstwa na temat Plebiscytu
7 marca 1936 roku, setki kilometrów od Iławy niemiecka armia przekroczyła granice zdemilitaryzowanej w wyniku postanowień traktatu wersalskiego Nadrenii, na co oczywiście dzielni i waleczni (jak zwykle) Francuzi nie zareagowali.
Adolf Hitler po raz pierwszy triumfował. Teraz pozostało mu tylko przekonać niemieckie społeczeństwo do słuszności swojej polityki. Zaplanowano więc przeprowadzenie referendum, którego pozytywny wynik miał zadecydować o ratyfikacji wojskowej okupacji Nadrenii, a także wygranej wyborów do Reichstagu.
Dokładnie 20 dni później pojawił się nad Iławą olbrzymi sterowiec„ Hindenburg” wykonujący wraz ze sterowcem „Graf Zeppelin“ swój lot w ramach akcji propagandowej „Podróż nad Niemcami”. Dokładnie o godzinie 13:15. rozległy się pierwsze wiwaty ludzi stojących na wieży miejskiego ratusza. Po kilkunastu minutach uliczki Iławy spowił cień rzucany przez płynący na wysokości 300 metrów największy sterowiec w historii. Perfekcyjnie zaplanowany scenariusz wizyty obu statków powietrznych nad niemieckimi miastami został odegrany także w Iławie: z pokładu „Hindenburga” rozbrzmiewała muzyka i wyborcze hasła, a z prowizorycznego studia radiowego odtwarzano przemówienia wodza. Na głowy mieszkańców zrzucano tysiące ulotek propagandowych, wskazujących jedynie słuszny wynik zaplanowanego na 29 marca głosowania. Wymalowane na statecznikach swastyki dumnie błyszczały w wiosennym słońcu.
Największą pod względem gabarytów atrakcją Iławy jest gotycki kościół zbudowany w latach 1317- 1325, będący fragmentem miejskich fortyfikacji wkomponowanym w południowo- wschodni kąt murów obronnych, w skład których wchodziło dodatkowo pięć baszt i dwie bramy: Lubawska oraz Prabucka. Na dziedzińcu kościoła rośnie najstarsze drzewo Iławy - dąb posadzony w roku 1871 po zwycięskiej dla Prus wojnie z Francją.
Zaraz kończymy wycieczkę po Iławie. Przejdziemy tylko przez most, który za czasów krzyżackich nazywany był „Długim”,
łączącym miasto z istniejącą jeszcze na starych mapach wyspą - Małą Żuławą.
Nieco zmęczony długim spacerem zasiadłem z ulgą za kierownicą motocykla, ale jako, że Iława chowa w sobie wiele tajemnic jeszcze się z nią nie pożegnałem: czekały na mnie stare fortyfikacje. Zacząłem od budowli mniej militarnych, a mianowicie od starych wież ciśnień. Pierwsza z nich stoi schowana w przyleśnej części ulicy 1 Maja i pochodzi z początków ubiegłego wieku, ma neogotycki charakter i jest wybudowana wraz z podmurówką z czerwonej cegły. Wejście do tej kolistej budowli ze stożkowatym dachem o wysokości 27 m i średnicy 10 m znajduje się w jej wschodniej części. Na wschód od pierwszej ulokowano dwie pozostałe: jedną z roku 1871, drugą, w formie charakterystycznego dla przełomu XIX i XX wieku „grzybka” z małymi, okrągłymi okienkami.
Przemieszczając się dalej w kierunku południowym zapuściłem się w okoliczne lasy kryjące w sobie strzelnice pochodzące jeszcze sprzed Wielkiej Wojny. Są to obiekty wybudowane z czerwonej cegły, zlokalizowane na wysokich skarpach.
W świetnym stanie zachowały się okopy, transzeje i wały ziemne wykorzystywane do ćwiczeń przez żołnierzy iławskich garnizonów.
Tuż za stacją paliw (przy drodze na Sampławę) skręciłem w prawo (obok zabetonowanej sosny) w drogę biegnącą w las
i wkroczyłem na tereny dawnego poligonu z okopami, rowem przeciwczołgowym, a nawet rzutnią granatów. Dojście do niej jest bardziej skomplikowane: idąc jeszcze ok. 800 m od rowu czołgowego należy skręcić w lewo i tam szukać charakterystycznego zagłębienia terenu. Poszukiwania ułatwią liczne doły - pozostałości po wybuchach granatów.
W centrum lasu znajdziemy głęboki okop w kształcie okręgu i resztki betonowych obiektów.
Z innych budowli militarnych wspomnę tylko o pewnym bunkrze - unikacie w skali kraju znajdującym się we wsi Karaś,
którego maskowaniem była zachowana do dzisiaj stodoła.
Z Iławy wyjechałem ulicą Sienkiewicza i dalej krajową „szesnastką” na Toruń, by po kilku kilometrach odbić w lokalną drogę na północ. Na Jeziorze Silm w pobliskiej Kamionce co pewien czas dochodzi do kolizji potężnych tankowców i innych wielkich statków.
Mogę jednak uspokoić czujnych ekologów: katastrofy odbywają się bez ładunków i w skali 1: 24. Mowa jest o jednym z nielicznych na świecie ośrodku szkolenia kapitanów oraz pilotów portowych. W dzień i nocą wilki morskie trenują na tutejszych wodach podejścia do najtrudniejszych portów i kanałów zagryzając nerwowo ustniki swych nieodłącznych fajek.
Jadąc dalej przez piękne lasy dotarłem do drogi nr 521 i skręciłem na północny zachód. Po kilku kilometrach dotarłem do Szymbarka. Nie był to jednak kaszubski Szymbark ze słynnym domem postawionym „na głowie”. Miast tej ciekawostki budowlanej ujrzałem wyrastające jakby z jeziora wieże starego zamczyska. Jest ich dokładnie 10 i każda jest inna od pozostałych oraz od samych siebie: niektóre są kwadratowe u podstawy, by wraz z wysokością zmienić kształt np. na cylindryczny. Ta różnorodność nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę czas trwania budowy: od lat 70. XIV wieku do końca wieku XVII( miejmy nadzieję, że nie będzie to wzorem dla naszych dzielnych budowniczych polskich autostrad). Był to drugi pod względem wielkości zamek gotycki po Malborku.
W roku 1949 ród Finck von Finckenstein obchodziłby hucznie 250 rocznicę posiadania budowli, jednak w tzw. międzyczasie, a konkretnie cztery lata wcześniej w jego opuszczonych murach pojawili się żołnierze pewnej armii niosącej wolność i sprawiedliwość dziejową. Podwładni Stalina rozkradli co mogli, a później postąpili tak, jak im kazała ich żołdacka natura, czyli puścili z dymem to, co zostało.
Po okolicy krąży wieść, że tuż po wojnie „ludzie z ministerstwa” wywieźli z zasypanych obecnie piwnic tajemnicze trzy skrzynie. Czyżby kolejny ślad bursztynowej komnaty?
Podjechałem motocyklem pod samą bramę zamczyska - była zamknięta na głucho. Obejście zamku (prostokąta o bokach 75x 92 m) oprócz pięknych widoków nic nie dało: jedynie duchy nocą, a ptaki za dnia mogą wniknąć do środka. Zrezygnowany rozważałem sforsowanie murów przy pomocy drabiny pożyczonej od mieszkańców wsi, gdy podeszło do mnie dwóch chłopców. Dzięki nim po ok. 40 minutach zjawił się starszy człowiek z kluczem w dłoni. Odetchnąłem z ulgą, gdyż w moim wieku nie uchodzi wspinać się po drabinach. Przewodnik dysponował całkiem sporą wiedzą na temat ruin: jak się później okazało będąc dzieckiem „czapkował” Państwu na zamku.
Na zakończenie mała ciekawostka filmowa: w 1995 roku Volker Schlöndorff kręcił tu końcowe sceny filmu „Król Olch”
z Johnem Malkovichem w roli głównej.
Po drugiej stronie jeziora znalazłem jeszcze jedną starą budowlę: miejscowy młyn. Wyglądał na opuszczony, aczkolwiek nie zdziwiłbym się, gdyby tu właśnie, z dala od hałasu czynionego przez natrętnych turystów oczekiwali zachodu słońca obecni mieszkańcy ruin. Niedaleko od tego miejsca, na wzgórzu obok drogi do Ząbrowa ukryty jest w lesie cmentarz rodowy szymbarskiej linii rodu von Finckenstein: spoczywa na nim czterech w linii prostej Konradów oraz Gertruda i Agnes - matka i córka.
Dalsza trasa jest uzależniona od stanu posiadania szanownych Czytelników: osoby poruszające się pojazdami o bardziej subtelnych parametrach niż mój sowiecki zaprzęg powinny wrócić drogą nr 521, by 5 km przed Iławą skręcić na północ w kierunku Siemian. Ci (nie)szczęśliwcy, którzy podróżują mniej luksusowymi środkami transportu niechaj próbują tam dotrzeć jadąc przez Starzykowo, Januszewo i Smolniki. Tuż za Siemianami, po zachodniej stronie szosy schowany jest leśny parking. Warto zatrzymać się tu na dłużej, opryskać odsłonięte części ciała wszelkiego rodzaju płynami, ew. otulić się moskitierą, gdyż wchodzimy na własną odpowiedzialność na tereny łowieckie komarów (i żmij). Warto zaryzykować upuszczenie krwi i piekielne swędzenie, (pomijam mniej istotne i efektowne skutki uboczne spotkania z płazami), by idąc wzdłuż bardzo ciekawie opisanej ścieżki edukacyjnej dotrzeć do Rezerwatu Wodnego Jasne. Jasne, że Jasne nie ma nic wspólnego z pewnym gatunkiem chmielowego płynu, jeno pochodzi od nazwy jeziora będącego gwoździem programu, do którego docieramy po ok. 2, 5 km marszu (chociaż faktem jest, że przed II wojną światową używano tutejszej wody do produkcji piwa).
Przeurocze śródleśne jeziorko oligotroficzne o pow. 11 ha jest nadzwyczaj przeźroczyste - tzw. przejrzystość dochodzi do 15 metrów! Uprzedzam jednak, że narażanie się na ostry atak przepukliny wywołany dźwiganiem ze sobą sprzętu do nurkowania o wadze ładnych kilkunastu kg nie ma sensu: obowiązuje absolutny zakaz kąpieli!
Z parkingu jest już blisko do Jerzwałdu - miejscowości, w której przez 27 lat mieszkał pisarz - legenda mojego dzieciństwa, autor całej serii powieści o panu Tomaszu, muzealniku - detektywie, czyli pan Zbigniew Nienacki. Większość swych ekscytujących powieści, w tym pierwszą w historii polskiej literatury powojennej powieść erotyczną p.t. „Raz do roku w Skiroławkach” napisał w domu z czerwonej cegły, pierwszym we wsi po prawej stronie. Pisarz tak ukochał okolice Jezioraka, że pozostał tu po śmierci - pochowano go na Jerzwałdzkim cmentarzu.
Fascynacja tymi terenami znalazła odbicie w większości jego powieści: np. w „Panu Samochodziku i Winnetou” pisał o swej miłości do przyrody Warmii i Mazur oraz konieczności jej ochrony. Może z tego powodu właśnie w Jerzwałdzie umieszczono siedzibę dyrekcji Zespołu Parków Krajobrazowych Pojezierza Iławskiego z oryginalnym ogrodem botanicznym?
Wyjechałem w kierunku Starego Dzierzgonia piękną, leśną drogą, a właściwie wyłożonym kocimi łbami duktem leśnym (miejscami zarastającym mchem) i z dobrego serca odradzam tę drogę osobom posiadającym - p. wyżej. Powolutku doczłapałem się do osady Mortąg, by po następnych kilometrach tzw. hardcoru dotrzeć do stajania w Przezmarku. Gospodarze zajazdu, posiadacze PRAWDZIWYCH samochodów terenowych z podziwem spojrzeli na mój leciwy wehikuł, gdy dowiedzieli się którędy dojechałem z Jerzwałdu.
Dalsza droga prowadziła przez Stary Dzierzgoń do Kamieńca. Obecnie jest to mała wieś, ale w jej centrum zachował się świadek lat dawnej świetności - ruiny Pruskiego Wersalu, jak nazywano pałac rodu von Finckensteinów, którego budowę (w stylu baroku francuskiego) ukończono w roku 1720. W dosłownym sensie przysłowiową „kropką nad i” był mansardowy dach wykonany z zielonej, glazurowanej dachówki z 12 kominami w kolorze lśniącego granatu. Całość zdobiła frontowa attyka składająca się z czterech rzeźb przedstawiających alegorię czterech pór roku (zdobiących obecnie Iławę). Wokół pałacu rozciągał się rozległy ogród z romantyczną grotą ogrodową i siecią kanałów połączonych z pobliskim Jeziorem Gaudy. O przepychu wnętrz legendy krążyły po całej Europie - powodem były m. in.: ogromne dębowe schody, sala paradna, wielki hall, fantazyjnie zbudowane piece wykładane miśnieńską porcelaną, kominki oraz słynna sala chińska z podłogą wykonaną z czarno - białych, włoskich marmurów i ścianach obitych jedwabiem. Nic dziwnego zatem, że od 1 kwietnia do 30 czerwca 1807 roku tu właśnie Napoleon Bonaparte założył swą kwaterę główną w czasie wojny z Prusami, przez co mały Kamieniec stał się najważniejszym punktem na mapie ówczesnego świata. W pokoju przyległym do komnat Cesarza wszystkich Francuzów mieszkała w tym samym czasie (w wielkiej tajemnicy) Maria Walewska, co pozostawię skromnie bez komentarza.
Mniej subtelni (jak zawsze) byli Amerykanie: dość długo uważano, że niektóre sceny przedwojennego filmu „Pani Walewska" z Gretą Garbo w roli tytułowej nakręcono w oryginalnych wnętrzach kamienieckiego pałacu. Dopiero dokładna analiza archiwalnych zdjęć wykazała, że na planie filmowym wykorzystano ogromną makietę wykonaną z olbrzymią dbałością o szczegóły, przez co dopiero dokładne porównanie obrazów pozwala na wykrycie pewnych różnic.
Jego pierwszymi słowami, gdy wszedł do pałacu był okrzyk ulgi: „Nareszcie piece!!”. Nic dziwnego: przybył tu z Ostródy, gdzie marzł okrutnie i z tego powodu „za karę”(sic!) pozwalał swoim stacjonującym tam wojskom bezlitośnie mordować, gwałcić i rabować. Duchy ś.p. mieszkańców przewracają się zapewne w grobach, gdy widzą, jak obecni „włodarze” hołubią pamięć ich oprawców urządzając dla turystów parady wojsk napoleońskich, rekonstrukcje z ich udziałem itd.
A wystarczyłoby przeczytać conieco z historii „swego” miasta… Chociaż w obecnych czasach historia historią, a kasa kasą.
Niestety.
Po Małym Kapralu, który przyjmował w Kamieńcu nawet tak egzotycznych gości jak poselstwa tureckie i perskie zachowały się do roku 1945 jego apartamenty na piętrze: sala audiencyjna, czyli wyłożony dębową boazerią Pokój Brązowy, pokój śniadaniowy, sypialnia z wielkim łożem z baldachimem, pokój narożny, pokój Marii Walewskiej( połączony z sypialnią Cesarza małą łazienką) i dwie sale adiutantów.
Z pobytem Napoleona w tym miejscu łączy się podanie o planowanym na niego zamachem. A było to tak: pewnego dnia w okolicznych lasach wynurzyła się z porannej mgły grupa pięćdziesięciu pruskich huzarów. Dotarli aż do Jeziora Gaudy, jednak miejscowy leśniczy zdołał ich przekonać, że przy czujności i sile straż francuskich plan porwania Bonapartego jest niewykonalny. Prusakom zabrakło samobójczej determinacji (nie oglądali widocznie filmu „Parszywa dwunastka”), przez co rozpłynęli się w mroku rezygnując z dodatkowego kompana.
Następnym z katów Europy, którego z pełną pompą przyjmowano w Kamieńcu był pewien Austriak o śmiesznym wąsiku i dużo mniej śmiesznych pomysłach dotyczących milionów ludzi. Po nim przybyły hordy ze wschodu, czego świadectwem są dzisiejsze ruiny.
Ich właściciel z pewnością czeka, aż Wojewódzki Konserwator Zabytków wyda zgodę na zburzenie resztek pałacu, by móc w tym miejscu wybudować wielogwiazdkowy hotel ze SPA itd. Uważam, że tak powinno się już dawno stać, miast liczyć na bezsensowną odbudowę zagrzybiałych murów. Szafuje się terminami typu pamięć tych, którzy byli przed nami itp. Ci, którzy żyli na tych terenach wkraczając w 1939 roku na nasze ziemie nie mieli takich obiekcji: niszczyli i burzyli wszystko, co polskie i mordowali Polaków, głównie polską inteligencję. Nie byli to „jacyś” hitlerowcy. Od dłuższego czasu wmawia się nam (i całemu światu), że tymi „złymi” była grupka zwyrodnialców, która siłą zmusiła porządnych potomków Bacha i Goethego do uległości. Dobrzy Niemcy przecież nigdy nie zgodziliby się na obozy koncentracyjne i mordowanie słowiańskich podludzi będących dla nich ukochanymi przez wieki braćmi. Faktem historycznym jest to, że nie było nigdy państwa hitlerowskiego!! Nigdy nie istniał taki twór. Była Rzesza Niemiecka i to „biedni, zniewoleni” Niemcy szaleli w dzikim entuzjazmie na licznych wiecach oraz defiladach. To niemieccy chłopi i przedsiębiorcy traktowali polskich robotników przymusowych jak niewolników nie szczędząc im bicia i poniżania, a nawet śmierci.
Na ich nieszczęście pozostały liczne (niemieckie!) kroniki filmowe z tamtych czasów pokazujące niewygodną prawdę ukazującą nieprzebrane rzesze Niemców wiwatujących na cześć swojego Adolfa wrzeszczącego (również przez radio) o wojnie totalnej.
Byliby to statyści, czy triki komputerowe? Oto maleńki przykład z mojego rodzinnego Gdańska: kto bił, lżył, opluwał i prawie zlinczował idących ulicą Długą żołnierzy polskich po upadku Westerplatte? Hitlerowcy? Nie! To byli przysłowiowa Helga i Helmut mieszkający na tej, lub sąsiedniej ulicy: Niemcy, nie - hitlerowcy. Pomijam inne, udokumentowane fakty historyczne. Od przeszło ćwierćwiecza prorokuję, że w niedalekiej przyszłości podręczniki historii będą mówiły tylko o dwóch nacjach, które ucierpiały (jako jedyne!) w czasie II wojny światowej: Żydzi i Niemcy. Ciągle we współczesnych niemieckich podręcznikach drukuje się mapę Europy z Polską o wymiarach karła.
I nikomu to nie przeszkadza! Gdyby ktoś spróbował zrobić coś takiego z granicami innego państwa wybuchłaby olbrzymia awantura
(i słusznie). A co robią nasze rządy? Nasze rządy?
Niedawno odbyła się w Krakowie premiera zakazanego zarówno w PRL, jak i obecnie (!!) monodramu w reżyserii i wykonaniu
p. Ryszarda Filipskiego p. t. „Krajobraz po Grunwaldzie”.
Poszukajcie w Necie - może jeszcze dziwnym trafem nie zniknęła zapowiedź tej sztuki?
Poruszając się dalej na południe (drogą nr 515) dojechałem do miejscowości Susz. Miasteczko położone jest wśród pięknych lasów, przez co może właśnie tutaj od 1991 r. organizowane są mistrzostwa Polski w triatlonie. Ich uczestnikom łatwiej jest w tak pięknej okolicy znosić niewyobrażalne trudy tej morderczej dyscypliny: muszą przepłynąć dystans 1,5km, by prosto z wody wykonać skok na rowerowe siodełko, aby po 50 km jazdy pobiec dziarsko (Boże, co ja piszę!!?), a więc w niewyobrażalny dla mnie sposób dotrzeć cało do mety po pokonaniu następnych 20 km. Bez odpoczynku!! Są to dla mnie najtwardsi z ludzi, którzy uprawiają sport i chylę przed nimi nisko czoło. Jak to mówi dzisiejsza młodzież: pełen szacun, panie i panowie!!
Od trzech lat odbywają się tutaj również mistrzostwa Europy.
W centrum miasteczka, praktycznie naprzeciw kościoła (wzorowanego na katedrze w Kwidzynie) zobaczyłem pomnik.
Oto jego historia: podobno w pierwszych dniach września roku pamiętnego z okolic Mławy dotarł w głąb niemieckich pozycji mały oddział polskich ułanów. Pod Iławą żołnierze dostali się do niewoli, zostali wbrew konwencji genewskiej rozstrzelani(!!), a ich zwłoki pochowano na katolickim cmentarzu w Suszu. Dopiero w latach 70- tych ub. wieku zadecydowano o postawieniu pomnika, jednak do końca nie wiadomo, kto tu został pochowany - wspomniani ułani, czy więźniowie niedalekiego pododdziału KL Stuthoff. Mam nadzieję, że bardzo prężnie działające Towarzystwo Miłośników Ziemi Suskiej już niedługo będzie mogło podać dokładne informacje na ten temat.
Dalej skręciłem na zachód w kierunku Prabut (droga nr 521), aby tuż za Jeziorem Suskim
skręcić na południe i po 7 km zaparkować w Bałoszycach.
Bez trudu znalazłem biały pałac. W I połowie XIX w. tutejszy majątek przynosił swym właścicielom kolosalne dochody z produkcji gorzałki i hodowli owiec rasy merynos. Jednak największym „hitem” była hodowla koni albinosów(!!) szlachetnej krwi.
Jego wrota są dzisiaj szeroko otwarte dla gości hotelowych oraz dla osób chcących skorzystać z wybornej restauracji serwującej dania polskie, niemieckie i regionalne - mazurskie. Nabyty tą drogą tłuszczyk można zgubić oddając się w sprawne dłonie obsługi gabinetów odnowy biologicznej i masażu (na miejscu jest również sauna). Dla preferujących czynny sposób wypoczynku udostępniono stadninę koni, gdzie poza jazdą wierzchem przewidziano ofertę dla osób ceniących bardziej wygodę i lans niźli wysiłek fizyczny,
a mianowicie przejażdżki bryczkami, zimą zaś kuligi. Trafiłem na wesele pary mieszanej polsko - niemieckiej dostarczonej na miejsce konsumpcji odpowiednio umajonym zaprzęgiem konnym. Siedząc na tarasie przy filiżance cappuccino oddałem się przez chwilę rozważaniom, kto kogo tutaj robi w konia: czy panna młoda pana młodego, czy na odwrót… Jakby spod ziemi słychać było stłumione jęki ś.p. Wandy, co to Niemiaszka nie chciała (pewnikiem był z NRD, biedaczek), takoż skowyt przodków oblubieńca, którzy w ten sposób reagowali na widmo skalania krwi germańskiej domieszką krwi słowiańskiej. O tempora! O mores!
Celem mojej wizyty w tym miejscu nie były bynajmniej wspomniane wyżej ekscesy kulinarno- sportowo- zdrowotne, jeno czakram bieli. Jest to źródło pozytywnej energii porównywalne z podobnym, znajdującym się na Wawelu, emitujące energią 120- 150 tys. jednostek w skali Bovisa, cokolwiek to znaczy.
Informacja z Netu: „Czakram” oznacza dosłownie „kwiat lotosu”, czyli inaczej siódmy kamień szczęśliwy, miejsce mocy lub
„ognisko sił tajemnych”. To takie miejsce, w którym koncentruje się energia Kuli Ziemskiej i Kosmosu. Nawet krótkie przebywanie w jego zasięgu przynosi uczucie odprężenia i wypoczynku lub może prowadzić do ustąpienia różnych dolegliwości.
Niektórzy wierzą, że energia czakramu powoduje wzrost sił witalnych i sprawności seksualnych.”
Ta ostatnia wiadomość z pewnością spowoduje dramatyczny wzrost liczby gości hotelowych, głównie płci samczej.
Tak pozytywnie naładowany pojechałem do Kisielic - polskiego miasta, którego honorowym obywatelem jest od 20 czerwca 1931 r. Paul von Hindenburg - były kanclerz Niemiec.
Innych honorowych obywateli brak.
Z daleka ujrzałem górująca nad miastem wieżę wodociągową z czerwonej cegły (o wysokości 45 m), zbudowaną w 1926 r. na planie ośmiokąta. Stałem pod nią rozmyślając, co jest we mnie silniejsze: kompleks niższości, który kazałby mi wejść na górę, aby spojrzeć na świat leżący u mych stóp, czy też dolegliwości kardiologiczne zabraniające mi KATEGORYCZNIE tego kroku.
Odpowiedź na to - przyznacie sami, że dość skomplikowane - pytanie nadeszło samo: drzwi wejściowe były zamknięte na głucho.
Lekko zaniepokojony nierozwiązanym do końca problemem egzystencjalnym pojechałem przez Jędrychowo do wsi Trupel.
Nazwa okazała się jak najbardziej adekwatna do tego, co tam odkryłem, a mianowicie stary cmentarz przybyłego z Anglii rodu Albensów- dawnych właścicieli majątku. Cmentarz jest założony na planie liścia lipy, którego kształty tworzą aleje obsadzone starodrzewem. W głębi, na wzniesieniu kryjącym w sobie pradawny gród stoi neogotycka kaplica grobowa z 1850 r. zbudowana na planie kwadratu o wciętych schodkowo narożach, przez co nabrała kształtu greckiego krzyża. Obecnie w b. złym stanie.
Do następnej wsi zajechałem tylko i wyłącznie ze względu na jej nazwę.
Nie spotkałem w niej ani Terminatora, ani Predatora, więc ściskając w dłoni kajet zielony (ale bez autografu byłego gubernatora słonecznej Kalifornii) opuściłem Szwarcenowo wypowiedziawszy na pożegnanie kultowe„ I’ll be back!!”
Następnym miejscem był Bratian. Jedna z legend głosi, że przed wiekami w zamkach w Bratianie i w pobliskim Kurzętniku mieszkali dwaj bracia, którzy w gniewie przyrzekli sobie, że już nigdy nie spotkają się na ziemi. Pogodził ich trzeci brat, jednak przysięga nadal obowiązywała. Bracia zaczęli więc drążyć tunel, który po kilku latach pracy połączył oba zamki i gdzie często się spotykali żałując pochopnie złożonej przysięgi. Pomimo poszukiwań nikomu nie udało się dotychczas odszukać podziemnego przejścia…
Gdy dotarłem do Nowego Miasta Lubawskiego zatrzymałem się w nim na dłużej. Przyczyną była jedyna chyba w Polsce świątynia
X Muzy funkcjonująca od 1958 r. w innej świątyni, w tym przypadku w stojącym na środku rynku dawnym kościele ewangelickim.
Niedane mi było, niestety, przeżyć seansu filmowego w tak uduchowionym miejscu, a szkoda: ciekawe muszą być reakcje aniołków na co bardziej śmiałe sceny wyświetlane na ekranie :)
Do Kurzętnika dojechałem późnym popołudniem, przez co widok z góry widokowej położonej opodal miasta był zaiste malowniczy, aczkolwiek niepozbawiony elementów kiczu, (jak zwykle przy zachodzie słońca). Niegdyś wznosił się tu zbudowany głównie z kamienia polnego zamek krzyżacki strzegący pobliskiego brodu na Drwęcy. W roku 1410 Kurzętnik miał swoje pięć minut w historii, gdy na wspomnianym brodzie mogły ulec zmianie dzieje Polski. Otóż tu właśnie, a nie w otwartym polu czaiły się wojska krzyżackie, aby - jak to w zwyczaju i charakterze germańskim - uderzyć z ukrycia na połączone wojska polsko - litewskie idące w kierunku Malborka.
Król Jagiełło przewidział ten iście rycerski zamysł dzielnych zakonników i wybrał inną drogę.
Ja wybrałem drogę nr 52 i pośpieszyłem do mojego przyjaciela Macieja „Brody” herbu Cholewa mieszkającego wraz ze swą przemiłą rodzinką w - jakżeby inaczej - Brodnicy.
O Pojezierzu Brodnickim i Wzgórzach Dylewskich będzie następna opowieść. Byłem tam już kilkakrotnie (podobnie, jak w Pomezanii) i obawiam się, że gdy zasiądę do pisania o tych pięknych terenach będę musiał stale walczyć z chęcią porzucenia pióra,
by bez względu na porę roku (i pogodę) ponownie zapaść się pod ziemię gdzieś między Bachotkiem, Gaj Grzmięcą, a Glaznotami…
Konrad Dobrzyński
Na zakończenie kilka obrazków z drogi:
Przepraszam za niezbyt dobrą jakość niektórych zdjęć: mój dzielny aparat fotograficzny powoli " się kończy"...
Może jakaś dobra dusza w postaci firmy typu Nikon, czy Canon znajdzie gdzieś w przepastnych magazynach jaką zbędną sztukę?
Przydatne linki:
Zajazd Ostoja: www.ostoja-przezmark.pl
Pałac w Białoszycach: www.palacbaloszyce.com
Osada Danków: www.dankow.pl